Blog kiedyś poświęcony Public Relations a dokładniej internetowemu wydaniu PR-u... Teraz - platforma przemyśleń wszelakich - aczkolwiek często związanych z komunikacją.
RSS
środa, 10 stycznia 2007
Trochę za dużo cukru w cukrze

Był przełom grudnia i stycznia. Gdzieś w nocy, potajemnie pojawiło się Kindi.pl (sami o sobie : „Kindi.pl to serwis społecznościowy dla rodziców. Celem serwisu jest ułatwienie rodzicom dostępu do informacji związanych z wychowywaniem dzieci.”). Social network + fora + blogi, a wszystko kierowane do rodziców. W ciemnościach rozbłysły oczy watahy – PRowcy soczków, wózeczków, oliwek, kremików, Diddli, Witchów, jogurtów probiotycznych, soków przecierowych zawierających ochronny „system A” - wilki szykowały się do skoku.
Tylko trochę za dużo cukru w cukrze – nawet dla tej odpornej watahy. Rozumiem Web 2.0 – Kindi może i jest lajt i przyjemnie przejrzyste, ale skończyło się to kompletną nieczytelnością. Kiepski – dla mnie - dobór czcionek pogłębia chaos. Jeśli ja, pracując 1280x1024 mam wrażenie, że jakoś tam tego za dużo nawrzucane – to jak to musi wyglądać na 1024. Ponadto przesłodzone – fakt, dziećmi interesują się głównie matki (…proszę nie rzucać kamieniami…) ale matki nie są chyba aż tak totalnie uzależnione od różowego ? Mój tradycyjny krytycyzm nie jest tym razem osamotniony . Ironicznie mówiąc – za dużo Web 2.0 w tym Web 2.0. No i zbyt dosłownie potraktowane. Problemem jest też kontent – takiego serwisu nie można chyba budować wyłącznie na CGM – rodziców chyba bardzo interesują porady i pomoc ekspertów, a tego na Kindi malutko.
Nie zmienia to faktu, że sam pomysł jest super – i autorom należą się wielkie brawa za nowatorskość i odwagę. Powoli zabieram się do odpalenia portalu na podobny temat – choć nie aż na tyle, abyśmy byli konkurencją – więc wiem, że czasem ciężko przekonać do tego zespół i potencjalnych sponsorów.
W jakimś sensie powstanie portalu jest też testem na dojrzałość polskiego PRu on-line. Rzućcie okiem na temat „pieluchy, środki czystości, itp.” . Przecież to wprost wymarzony cel dla wspominanej watahy. Wynik tego egzaminu znać będą zapewne tylko administratorzy. Bo tylko oni będą wiedzieć, w ilu wątkach skasowali rozpaczliwie PRowe wpisy o soczkach z „systemem X”…

wtorek, 09 stycznia 2007
Szklana kula a kwestia polska, czyli Internet AD 2007

Wróżki z iA piszą o przyszłości sieci w 2007 . Bardzo lubię takie wróżenie – niezależnie od tego, czy się sprawdzi czy nie – zawsze miło poczytać. Tradycyjnie oczywiście większość z zawartych przepowiedni nie może mieć zastosowania do PL ;)
Całość można podzielić na dwie części biznesowo – sieciową i dotyczącą trendów w świecie mediów. Pierwsza nie wzruszyła mnie specjalnie – iA nie przepada (jak większość Blogosfery) za MS, więc nie wróży niczego dobrego ani Zune ani Viście. Żadna z ww. zabawek nie trafiła jeszcze w moje ręce, więc ciężko mi się ustosunkować – choć krótki pokaz tego co potrafi silnik CryEngine 2 na Viście i DX10 sprawia, że zapewne będę musiał niedługo odwiedzić panów z komputronika :) iA wróży też ciężką batalię pomiędzy MS Office a pakietami oprogramowania biurowego opartego na sieci i produkowanego przez Google. To akurat trend, który w Polsce powinien być widoczny jeszcze bardziej niż za oceanem – z praktycznych, kosztowych względów powinny zdobyć u nas jeszcze większe powodzenie.
Jak pisze iA „In the mean time even Microsoft has realized that the concept of selling 1,500 Dollar CDs in big carton boxes is not working anymore.”
Rzut oka na trendy. Rok 2007 to w Necie “Summer Of Love” porównywalne z tym z 1967… tyle w kwestii epickich porównań ;) Ciekawą i realną koncepcją są natomiast prognozowane zmiany w mediach. Otwarcie się gazet na głos czytelnika nam, nad Wisła, na razie chyba nie grozi – choć ten trend będzie z pewnością coraz bardziej widoczny. Wyrównana walka Internetu z radiem czy telewizją jest u nas koncepcją dość sensacyjną – ale przecież obecne u nas MNC (zarządzające większością budżetów) są w znacznym stopniu zależne od strategii globalnych, więc echo tych zmian pojawi się prędzej czy później i u nas. Choć w upadek stacji TV prognozowany w paragrafie 3.2 nie wierzę. Chyba, że mówimy o lokalnych kablówkach.

Na koniec wypada jeszcze pokazać Trendmap. Podobno się podoba – piszę podobno, bo mi się nie podoba ;) Sieć to dla mnie jednak przede wszystkim narzędzie pracy – więc na przeczytanie jednego wykresu mam jakieś 30 sekund. Trendmapie poświęciłem jakieś 5 minut – nie stała się przez to ani trochę bardziej czytelna – choć doceniam ładne kolorki i przemyślaną plątaninę. Takie przykład autopromocyjnej, internetowej roboty jubilerskiej…. ;)

PDF tutaj.

Arcybiskup 2.0

Mieści mi się jeszcze w głowie (choć z trudem fakt), że dożyliśmy oto niedzieli kiedy Al Jazeera zaczyna swoje główne news’y od „A teraz przenosimy się do Warszawy, gdzie miał miejsce niewiarygodny skandal…”  (z pamięci). Ale naprawdę nie sądziłem, że tak prędko nadejdą czasy kiedy Episkopat w ramach komunikacji kryzysowej będzie korzystał z narzędzi WOMM. Biuro prasowe publikuje podcast Abp. Wielgusa . I niech ktoś teraz powie że polski kościół jest nienowoczesny… :)

piątek, 05 stycznia 2007
Pourlopowe powroty do pracy są strasznie traumatyczne, prawda …? ;)

Miałem ambitny zamiar spędzić znaczą część świąt przed monitorem – i napisać parę zaległych blogowych tekstów. Nie wyszło oczywiście – poległem w walce z własnym lenistwem. Niezależnie od przerwy to i tak mi chyba nieźle idzie. Wśród braci PRowej zapadła jakoś ostatnio cisza, umarła na chwilę nawet inicjatywa internetPR’u – wszystko to za wyjątkiem „bankowców” i Dominika, który nadal nadaje , również u siebie , a na dodatek jeszcze wpada czasami do mnie. U reszty mniejsza lub większa cisza. W trakcie świątecznej przerwy nauczyłem się korzystać ze storyCraftera, więc umiem już robić coś takiego. Niedługo zaczniemy to pewnie wypuszczać do sieci :) Udało mi się także przejść kampanię w Medieval 2 na poziomie hard - news może niezbyt PRowy, ale gdybyście tylko mogli zobaczyć tą szarżę mojej konnicy...

Wygląda na to, że cała Blogosfera przeżywała Sen Zimowy – tak naprawdę chyba niewiele (IMHO) się działo przez ostatnie dwa tygodnie(może poza zestawieniem blogfights ). Nie wypada nie polecić tekstu w Piar.pl (drukowanym) o SMPR – ale szczerze mówiąc nie znajdziecie w nim wiele więcej niż w tym co już pisałem . W ich ujęciu nie ma już mowy o pierwotnie założonym celu, czyli używaniu jej do kontaktów z Social Media. To dość duże niedopatrzenie, ale może i lepiej – to pomoże narzędziu wyjść z getta. Analogicznie polecić mogę artykuł o Youtube w Press’ie – też nic nowego, ale zawsze :)

środa, 20 grudnia 2006
Ostatni będą pierwszymi
Koledzy z InternetPR informują o pierwszym SMPR , wracając do tematu, o którym już pisałem. Nie do końca to prawdziwe - głównie dlatego, że news na cirspy poszedł jako "First CANADIAN SMPR " - amerykanie bawią sie smpr już od dość dawna, choć fakt faktem, że były to w większości działania testowe. Wspominana "pierwsza" wrażenia na mnie też wielkiego nie robi - raczej jest to PR 1.5 niż PR 2.0. Mamy tu i linki i inne materiały, ale są one raczej dodatkiem do bardzo tradycyjnej IP - niż sensem samym w sobie. Do tematu wracam nie bez powodu - dostaliśmy oto w swoje ręce Storycraftera. Jest to program przeznaczony do tworzenia SMPR - działa +/- na zasadzie Install Wizarda windows'owego. Dodajemy kolejne elementy, klikając w next, a on układa je w określony template, gotowy do podwieszenia na stronie. Informcja przygotowana przy pomocy SC wygląda nieco inaczej, i to jest dla mnie właśnie prawdziwy SMPR . Pogrzebię w programie przez Święta i podzielę się przemyśleniami. (PS. Wypuściliśmy ją 5.12 - więc gdyby to były pierwsze, to jesteśmy ex aequo. Ale nie była, bo inne mają daty nieco wcześniejsze :] )
poniedziałek, 18 grudnia 2006
Realne pieniądze wirtualnych światów

Second Life – do nowej gwiazdki wirtualnego świata podchodziłem raczej z dystansem, pomimo wielkiej ilości postów na jej temat oraz zachwytów kolegów za oceanem. Miałem SL za jakąś mutację typowego MMO – zdecydowanie mniej pociągająca niż WoW (od którego z pewnością szybko bym się uzależnił, gdyby nie racjonalna część umysłu, wzbraniająca się przed wydawaniem na ten cel 200 pln/mies). W temat zagłębiłem się dopiero w trakcie przygotowań do audycji radiowej poświęconej temu zagadnieniu – i okazało się, że sprawa jest znaaacznie ciekawsza niż mi się wydawało. Dzięki posiadaniu własnej, wymienialnej waluty SL posiada również de facto sprawny system ekonomiczny, w ramach którego pomiędzy uczestnikami przepływa około 600 tys dolarów na dobę. Bogate możliwości projektowania, czy wręcz współkreowania wirtualnego świata (np. sami robimy sobie meble lub korzystamy z ich gotowych skryptów), spowodowały pojawienie się w SL realnych brandów . Tak naprawdę, ma to dwa wymiary. Pierwszy, to proste promowanie swoich produktów – Nissan promuje Sentrę , GM Pontiaca (patrz też: CNN) a Sun Microsystems Project Blackbox (my nie zostajemy w tyle :)) . Drugi, to wymiar samej obecności w sieci. Od dawna już otwarcie mówi się o tym, że natłok informacji powoduje u konsument swego rodzaju „przeciążenie” komunikacyjne – marketingowe komunikaty giną w powodzi innych. W SL wielu użytkowników spędza znaczny procent swojego wolnego czasu – podróżując po rzeczywistości wirtualnych miast. Tyle tylko, że miasta te (jeszcze) pozbawione są tysięcy billboardów i reklam. Komunikat o nowym modelu Nissana w świecie rzeczywistym może nam umknąć – zalany przez setki informacji o innych „nowościach” (BTW – rzadko nowościami będących). Komunikat o nowym modelu Nissana w SL już nam nie umknie – bo tam jest to jeden z TRZECH dostępnych samochodów. Genialne w swojej prostocie – pierwsi wygrywają wszystko. Całość mogłaby by ciekawym narzędziem dla polskich firm, które po prostu nie mają siły, aby przebić się w USA przez ogólny marketingowy szum. A gdyby tak np. uczestnicy SL siedzieli na fotelach Kler – a raczej na skryptach przygotowanych przez dział IT wspomnianej firmy ?
Niezależnie od zastosowań czysto rozrywkowych czy biznesowych, SL okazuje się niezwykle przydatne i do innych rzeczy. Terapie przeznaczone dla dzieci autystycznych, anonimowe grupy wsparcia czy testowanie nowych pomysłów politycznych na „wirtualnym państwie” – wszystko to, co czasem jest trudne (lub ryzykowne) w świecie normalnym, tam staje się o wiele łatwiejsze. Nad SL’em pochylają się też socjolodzy, z fascynacją obserwując tworzenie się zupełnie nowych struktur społecznych, a mniejszości seksualne „are finding new outlets for erotic expression” – cokolwiek miałoby to w praktyce znaczyć…:)
Moich przemyśleń na temat SL wszyscy chętni będą mogli posłuchać w ten wtorek w audycji Marketing Mix, w radiu PIN - o 10.40 ;)

A oto film z konferencji prasowej SM, nieco innej niż wszystkie :)

 


 

środa, 06 grudnia 2006
BANG! Czyli marzenia 2.0 się spełniają

Co jest największym marzeniem każdego człowieka zajmującego się marketingiem ? Oczywiście sytuacja, w której konsumenci, w realnym świecie, dla własnej przyjemności posługiwać się będą jego – uprośćmy – koncepcją kreatywną. Mamy oczywiście znane z każdego marketingowego podręcznika przykłady „xero” i „adidasy” – ale jak się okazuje mamy też przykłady dużo bliższe. Tym razem chodzi o Xbox’a 360*. Jedna z reklam konsoli nie trafiła do emisji (pojawiła się tylko na youtubie) ze względu na wzbudzane kontrowersje – tym samym zyskała oczywiście w oczach odbiorców. Akcja dzieje się w centrum handlowym – zainspirowała więc warszawskich wielbicieli flash mobów, do odegrania jej w Arkadii. Konsument sam znajduje reklamę, sam ją adaptuje, i sam organizuje event. Mało tego, sam go nagrywa, sam emituje na Youtube… Wciąż nie wierzycie w Świętego Mikołaja ? :)
Reklama:

 

 

i flash moby:

 

 

 

 

* Klient Edelmana, ani film, ani opisywane działania nie są naszym dziełem ani nie powstały z inspiracji innych agencji obsługujących tą markę – zgodnie z moją wiedza jest to samodzielne działanie ludzi od flash mobów

poniedziałek, 04 grudnia 2006
Recepty

Wśród innych tematów dyskutowanych na bloxowym spotkaniu, była i dyskusja na temat tego, czy istnieje gotowa „Recepta na bloga”. Choć Polska brać blogująca zgadza się prawie jednogłośnie, że takiej nie ma , to parę recept można podrzucić. Przodują w nich oczywiście nasi przyjaciele zza oceanu. Poświęciłem dziś kawałek poranka na próbę przygotowania zestawienia „recept na korporacyjnego bloga”, ale oczywiście okazało się ( w połowie mojego researchu….), że takowe już istnieje. Zapraszam więc do Owena Lystrupa . Rad pod tytułem „How to blog like a pro” – skierowanych tym razem do wszystkich, a nie tylko korporacyjnych PRowców – udzieli nam Mathew Stibbe . Polską wisienką na torcie niech będzie „ekologiczna” recepta Marcina Jagodzińskiego .


W międzyczasie zakochałem się w reklamie Chiquity (aby zachować transparency:nasz klient, choć film nie naszego autorstwa).

 

 

niedziela, 03 grudnia 2006
Przerabianie liczników gazowych

Jak widać ja też odwiedziłem Czerską w ubiegły czwartek. Muszę przyznać, że spotkanie zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie - nie spodziewałem się aż tak dużej liczby uczestników (przez moment wręcz bałem się, że będzie ich zbyt mało) – w tym aż tak dużej liczby bloggerów. Jeśli chodzi o kwestię organizacji, to wszystko jak najbardziej na mocną czwórkę z plusem (tym bardziej, że była to konferencja – dla gości – bezpłatna). Żeby podbić ocenę do piątki ustawiłbym krzesła w rzędach, naprzeciwko siebie – rozumiecie, takie Spotkanie 2.0, główny content to dyskusja sali :)

Recenzję całości prawie minute-by-minute znajdziecie tu , a na blogu InternetPR listę wszystkich , którzy napisali. Fakt pomieszania cytatów należy SŁ wybaczyć – całość i tak organizacyjnie stała bardzo dobrze. Czułem się szczerze mówiąc bardziej jak obserwator - większość podawanych danych i know-how’u znam już z własnych researchów i szkoleń – nieocenioną była jednak możliwość zobaczenia na żywo autorów najsłynniejszych polskich blogów. Wniosek z tego „zobaczenia” jest jeden – niezbyt zaskakujący, ale za to niezwykle ważny. Wszyscy wypowiadający się kładą nacisk na niezależność, wysokie cenienie się, to że nie można ich kupić, że trzeba w otrwarte karty, ale uważając na słowa... Kolejny dowód na to, że autora bloga trzeba traktować z wyczuciem, mało tego – wyczuciem dużo WIĘKSZYM, niż w wypadku dziennikarza.

Zaskakuje mnie wciąż dyskusja na temat wiarygodności – znalazła swoje odbicie w niemal wszystkich tekstach recenzujących nasze spotkanie. Wiarygodność postrzegać można w dwóch wymiarach - wewnętrznym (co jest dla mnie wiarygodne) i zewnętrznym (co jest wiarygodne dla statystycznego X). Wiarygodność pierwsza to w uproszczeniu wiarygodność odbiorcy (czy to co słyszę jest dla mnie wiarygodne), druga - nadawcy (czy mój komunikat jest dla nich wiarygodny). Blogger/PRowiec są (głównie) nadawcami - więc wspólna dla nich powinna być perspektywa druga, zgodnie z którą opłacani eksperci są wiarygodni – bo tak wychodzi w badaniach i KROPKA (co nie każe NAM w nie wierzyć). Tego rozróżnienia zabrakło mi w pewnym momencie w dyskusji – skutkiem czego zaczęła się rozmowa w pewnym sensie nie o blogach, tylko o tym, co kto lubi, a czego nie...

Do rozważań na temat tego, czy marketing „zje” blogosferę i czy należy się martwić działaniami PRowców odniosłem się już notkę niżej. Teraz przyszedł mi do głowy argument historyczny. PRowcy reformacji wykorzystali do swoich celów prasy drukarskie, ich żyjący później koledzy dołączyli do arsenału środków radio, prasę, TV, Internet. Lekko licząc 70% informacji w mediach przechodzi przez nasze ręcę. Czy ktoś uważa wynalazek druku, radia etc – za zniszczony, tylko dlatego, że ktoś używa go jako narzędzia....?

Uwaga, uwaga – nie, nie będzie nic o licznikach...

 

P.S. Zostawcie komcia. Proshę :)

środa, 29 listopada 2006
Komunikacyjne Azincourt


“To find something comparable, you have to go back 500 years to the printing press, the birth of mass media – which, incidentally, is what really destroyed the old world of kings and aristocracies. Technology is shifting power away from the editors, the publishers, the establishment, the media elite.
Now it’s the people who are taking control.”

Rupert Murdoch
CEO, News Corp.

 

 

Jakiś czas temu wypuściliśmy polską edycję badań „Action because of blog” – temat (przyznam uczciwie) nieco przespałem, głównie z powodu moich ostatnich wycieczek do zachodniej Polski i związanego z tym braku czasu. O badaniach napisało kilka portali - całość nie jest już więc newsem niestety i dodatkowo się nad nią rozwodzić nie będę. Do napisania notki zainspirował mnie Tytus, autor blogu Brief’a – i w jakiś sposób mam zamiar wdać się z nim w polemikę, choć niezłośliwą, na temat tekstu "Blogi i marketing" .Trackbacka wysyłam ;) Kolejnego też, do notki o spotkaniu internetPR i Bloxa – będą mówić o temacie, który tu częściowo poruszę :)

Po pierwsze odniosę się – bo muszę – do case’u walmartowego. Robię to niezbyt chętnie, ale z czysto PRowych powodów nie mogę, odnosząc się do całości tekstu Tytusa, pominąć największej porcji krytyki. Niechętnie – bo to mimo wszystko blog mój, a nie korporacji – stąd pisany na bloxie i jedynie linkowany do .pl i .com. Niechętnie po raz drugi - bo niezależność tą cenię – i jak widzieliście do tej pory, staram się pisać o PR, a nie o macierzystej korporacji.

PR, czy szerzej mówiąc marketing, to branża, w której uczymy się czegoś całe życie. Nie mamy właściwie nigdy luksusu bycia w pełni dorosłymi, pozostając w jakiś sposób cały czas dziećmi. Dzieciom – co zrozumiałe – zdarza się czasem potykać. I tak oto potknęło się moich dwóch kolegów za oceanem (BTW – pisząc rzekomego bloga Wal Martu, nie jak pisze Tytus „opłacając bloggerów”). Dwóch z ogólnej liczby ponad dwóch tysięcy pracowników. Ich błędu nikt z nas nigdy się nie wypierał, nikt z nas nigdy też nie nazywał go inaczej niż błędem. Przyznaliśmy się , konsekwencje wobec błądzących zostały wyciągnięte, wszyscy pracownicy na świecie (w tym 30 z naszego biura) zostali przeszkoleni w zakresie blogowego Code Of Ethics i zasad WOMMA. Wszystko odbyło się z otwartą przyłbicą, zgodnie z zasadami – choć potrwało parę dni, bo MNC rządzą się takimi, a nie innymi prawami. Nie zmienia to i nie zmieni faktu, że znamy się na tym co robimy. Nie zmieni faktu, że Micropersuasion jest najbardziej chyba znanym blogiem poświęconym zagadnieniom komunikacji w sieci, że 6 A.M. jest najstarszym i najbardziej poważanym blogiem PRowego CEO, nie zmieni faktu, że na co dzień mogę uczyć się od ludzi tworzących blogi tak znane jak PR Blogger czy Haltungsturnen , że jesteśmy na czele wszelkich rankingów i Technorati.

Oczywiście nie mogę zakazać krytyki, nie mogę mieć po nią nawet pretensji czy żalu Oczywiście zetknę się z nią jeszcze wielokrotnie. Tytusa mogę co najwyżej prosić o to, żeby rozważył, czy naprawdę potknięcie dwóch, z ponad dwóch tysięcy, w jakiś sposób przekreśla budowaną od lat kompetencję? Bo taką sugestię wyczytałem gdzieś pomiędzy linijkami…

A wracając do głównego zagadnienia poruszanego przez Brief - inwazja marketerów blogosfery nie zniszczy – bo zniszczyć nie może. Blogosfera to tylko przejaw społecznej rewolucji, której nie będę w stanie powstrzymać ani ja, ani koledzy z agencji reklamowych czy interaktywnych. Ktoś z wielkich sieciowych teoretyków nazwał kiedyś Web 2.0 nie tyle modelem biznesowym, ile raczej internetowym Azincourt – bo oto angielskim „zwykłym” dano nagle łuki, dzięki którym zakończyli (dosłownie i krwawo) epokę rycerstwa. Porównanie może nieco na wyrost (tak jak na wyrost zbudowana jest legenda samych łuczników we wspominanej bitwie), ale obrazujące sposób myślenia o sieci, jako o społecznym fenomenie – nagle wszystkim dano narzędzia i pozwolono mówić, stąd trafione jest cytowane na wstępie porównanie Murdocha.. Komunikatorzy naprawdę nie są już w stanie im tego odebrać.

Nie są – i tu przechodzimy wreszcie do meritum – a zarazem tak naprawdę nie chcą. Komunikacyjna przewagę Web 2.0 buduje bowiem ni mniej, ni więcej, tylko właśnie WIARYGODNOŚĆ. Niszczenie jej, właśnie przez kupowanie blogów, byłoby dla nas niczym strzelenie sobie w stopę. W tym właśnie tkwi błąd, popełniany przez większość (polskich) krytyków WOMM. Bo przy WOMM nikt nie mówi o płaceniu autorom blogów, nikt nie mówi o zakulisowym wywieraniu wpływu czy odbieraniu wiarygodności. Kiedy pracujesz z bloggerem, musisz uważać i starać się dużo bardziej niż wtedy, kiedy pracujesz z dziennikarzem. Blogger nie ma nad sobą naczelnego, nie ma przełożonych – jeśli nie spodoba mu się coś w Twoim stylu działania, to jego atak będzie dużo drastyczniejszy (komunikacyjnie) niż tradycyjnego medium – a taka notka pozostanie w sieci już właściwie na zawsze. Kiedy pracuję z bloggerami, to w pierwszym zdaniu maila informuję, że jestem z agencji PR. Od początku otwarcie mówię, o jakim produkt i klienta chodzi – mało tego, mówię też, jakie korzyści z ewentualnej notki odniosę. Jeśli wysyłam produkt, to zawsze z adnotacją, że jeśli się nie spodoba, to natychmiast odbiera go mój kurier. Oczywiście nie ma też nic przeciwko umieszczeniu w notce informacji na temat tego, że powstała na skutek działań PR. Słowem – wszystko jest idealnie wręcz transparentne, idealnie partnerskie – idealnie …PRowe. Komunikacja w czystej formie.

Bloggerom taka komunikacja się podoba. Miałem niedawno przyjemność prowadzić taką właśnie akcję dla jednego ze swoich klientów i w ciągu niedzielnego popołudnia odebrałem cztery telefony, od autorów najpoczytniejszych dla właściwej branży blogów. Mówili, że jest fajnie, że transparentnie, że wreszcie ktoś traktuje ich nie jak dzieciaki piszące pamiętnik, ale jak dziennikarzy. Dziękowali za grę w otwarte karty. Wniosek ? Da się. Wychodząc z założenia, że każda komunikacja z blogiem będzie jego kupowaniem, będzie obniżaniem wiarygodności, strzelamy gola do własnej bramki. Powielamy po raz kolejny stereotyp, w którym PRowiec to cwany lis, czy wręcz świnia – nie do końca uczciwa i żerująca na innych. Trochę wiary, mości panowie, trochę wiary…

Azincourt zakończyło w dziejach średniowiecznej europy jakąś epokę, po której nic już nie było tak jak wcześniej. Web 2.0 robi dokładnie to samo. Nam, komunikatorom, może wydawać się, że nasz drogi target wciąż jest jedynie biernym słuchaczem. Możemy z troską pochylać się nad blogosferą i rozważać czy nasze działania ją zniszczą czy nie – ale tak naprawdę, zniszczyć jej nie zdoła już nic.

Poradzą sobie.

Mają łuki.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9