Blog kiedyś poświęcony Public Relations a dokładniej internetowemu wydaniu PR-u... Teraz - platforma przemyśleń wszelakich - aczkolwiek często związanych z komunikacją.
RSS
piątek, 13 lipca 2007
Po co nam właściwie to całe public relations ?

Toczyłem jakiś czas temu na Goldenline zaciekłą – jak na warunki tego miejsca – dyskusje z Janem Czerniawskim o tym, czym właściwie jest PR. Zaczęło się wszystko, jak widzicie tu, od zagadnienia sensowności nauki PRu w wyższych uczelniach i na podyplomówkach. W skrócie – jestem zagorzałym przeciwnikiem i sądzę, że lepiej po studiach trafić do agencji i zarabiać pieniądze za naukę praktyczną, zamiast wydawać je, aby płacić za teorię. Poza tym jestem zwolennikiem (drastycznego) poglądu, że pracownicy agencji/działów PR dzielą się na dwie kategorie: PR-owców i ludzi-pracujących-w-agencji/dziale. Ci pierwsi nie potrzebują podyplomówek, bo są w stanie podświadomie zrozumieć większość niuansów branży, a do codziennej pracy teoria im niepotrzebna. Kursy/szkoły/uczelnie PR mogą więc wykształcić co najwyżej tych drugich - a oni i tak kiedyś wylądują zupełnie gdzie indziej. Na lata w branży zostaną tylko pasjonaci – bo w Polsce nasze zarobki są wciąż nieadekwatne do ilości pracy i gigantycznej wiedzy, która trzeba w tą robotę włożyć. Niedoszacowanie to wynosi jakieś +/- 100 %, tak IMHO.
Whatever zresztą, bo nie o tym miało tu być. (Hmm.. czyżby Playowi jednak wyszło ? BTW gratuluję kampanii wokół roamingu, majstersztyk planowania i zgrania w czasie)
Miało być o tym, po co my właściwie robimy ten cały PR. Moje pierwsze zetknięcie z szeroko rozumianą branżą miało miejsce w 1997 roku, kiedy jako siedemnastolatek z wypiekami na twarzy czytałem Goban-Klasa (plagiat to czy nie? do dziś nie wiem), a potem Wójcikową, Blacka, Seidla i wielu innych. Uparłem się wtedy, że kiedyś, po ukończeniu studiów, tym właśnie będę się zajmował. Choć moje wyobrażenie o tym, czy właściwie jest PR i na czym polega codzienna praca było niemal dziecinne, to zapału starczyło na kolejne kilka lat. Do 2003, kiedy trafiłem do pierwszej agencji i 2005, kiedy trafiłem do pierwszej porządnej agencji (czyt. sieciowej – tak wiem, zaraz się ktoś przyczepi…) namiętnie czytałem. Nie tylko wszystkie możliwe książki, ale i portale, gazety o marketingu, Internet PR, Press’a i wszystko co się dało (jak zebrałem swoja bibliotekę w bibliografii pracy magisterskiej potem, to wyszło mi 263 pozycje…). Czytałem, czytałem i chłonąłem wiedzę. Nawiasem mówiąc, do głowy by mi wtedy nie przyszło, że za kilka lat będzie dane uścisnąć mi rękę jednego z tych, o których wówczas czytałem ( na zdjęciu profilem Richard Edelman :))


Jedną z wchłoniętych przeze mnie rzeczy, było pewne specyficzne spojrzenie na naszą profesję, promowane głównie przez polskich autorów, choć tej prawidłowości jeszcze wtedy nie zauważałem. Z grubsza sprowadza się ono do tego, o czym pisze Jan czyli (cytuję wybiórczo i stronniczo):
"PR-u w takim rozumieniu jak wyżej nie prowadzi się dla bezpośrednich zysków."
„(..) natomiast PR nie wpływa bezpośrednio na wysokość sprzedaży. był o tym artykuł w bodajże "Marketingu w praktyce", zatytułowany "PR ? My nie sprzedajemy!". Jeśli sobie życzysz, jutro mogę pokrótce go streścić.
I jeszcze
Jeśli miałbym wskazywać wpływ PR na finanse firmy, to PR bardziej gwarantuje brak ogromnych wydatków i utraty reputacji, zagubienia misji w przyszłości, niż wzrost przychodów.”
Trzeba dodać do takiego poglądu jeszcze kilka elementów. PR jest niemożliwy do prognozowania, nie można gwarantować określonej liczby publikacji, nie można gwarantować ukazania się konkretnej publikacji, nie można właściwie gwarantować niczego… bo to taka magiczna trochę dziedzina. Polega na jakimś tajemniczym długofalowym budowaniu wizerunku, które rezultaty są ciężko mierzalne, a efekt finalny niejasny. Oczywiście na stos każdego, kto ma czelność mówić o przekładaniu się działań na sprzedaż, od razu na stos. Panowie PRowcy to w tym podejściu zespół ludzi w białych rękawiczkach – i podczas gdy marketing i sprzedaż tyra nad zwiększeniem zysków, logistyka i finanse tną koszty, a R&D wymyśla innowacje, oni… „pracują nad długofalową budową wizerunku”.
Im dłużej potem zagłębiałem się w praktykę, nie teorię, tym jaśniejszy okazywał się dla mnie pewien fakt. Otóż, drodzy Państwo, jest to kompletna i piramidalna bzdura.
Nie zajmuje się wyciąganiem królików. Nie zajmuję się magią ani enigmatycznym „długofalowym budowaniem”. Patrzę na produkt/markę, która jest centrum planowanej kampanii. Analizuję innowacyjność, budżet, autora, endorserów, ekspertów, porę roku, natężenie komunikacji na zbliżone tematy, obecność dużych eventów w okolicy premiery, sytuację polityczną, kalendarz wyborczy, konkurencję, pochodzenie firmy, znajomość tematów przez dziennikarzy, seksowność całości… Z mniejszą lub większa dokładnością prognozuje ilość wycinków, dotarcie, ilość kontaktów, terminy ukazania się w mediach. Ok – nie mogę obiecać, że to będzie dokładnie 17 strona Cosmo, ale mogę obiecać, że z Cosmo/Glamour/Joy/TS (whatever) choć dwie redakcje powinny temat wziąć i wrzucić w okolice 50 do 70 strony. W wersji maks jestem w stanie dać nawet ramy ekwiwalentu.
Media to jednak tylko narzędzie. Przecież wcześniej układam strategię, która zakłada określone zmiany wizerunku. Jeśli ktoś daje mi setki tysięcy budżetu, to oczekuje na w miarę określone rezultaty – wzrost wiedzy, zainteresowania, więzi emocjonalnej z marką, wykreowanie trendu. A co mój drogi target zrobi z markę/produktem – o której już wie, która lubi, która jest trendy? Nie będzie się do niej modlił ani tworzył inspirowanych nią wierszy, ale po prostu ją KUPI. Produkt, akcję, udział, cegiełkę, ideę – KUPI. Dziś, jutro, za kilka lat – KUPI. Planując, lub chwili koniczności (bo tylko ją będzie dobrze znał) – ale KUPI. Czasami wyda na nią pieniądze (zarabiają korporację) czasami będzie donatorem (NGOs, non-profit) – ale to też KUPNO idei.
Królestwo temu, kto powie, jakie inne powody poza - długofalową, ale jednak - prognozą zwiększenia zysków/dotacji, mogą skłonić zarząd korporacji, do przeznaczenia jakiejś większej kwoty na działania PR.
Założenie, że zajmujemy się działalnością magiczną, niemierzalną i nieprzekładalna na wyniki finansowe, to dla mnie relikt sięgający korzeniami właśnie lat 90tych (choć dla uczciwości nadmienię, że branże obserwowałem wtedy oczywiście z zewnątrz – więc mogę nie mieć racji). Polski PR w kołysce, pozbawiony narzędzi, dużych budżetów, zaplecza – musiał chować się w kokonie owej magiczności. Wydaje mi się, że tą kołyskę i tą przeszłość powinniśmy mieć już dawno za sobą. Rośniemy o kilkadziesiąt (branża) lub kilkaset (agencja) procent rocznie. Obsługujemy największe światowe marki, budżety powoli zaczynają mieć sens a zarobkami doganiamy (dolne półki ale jednak) doradców od finansów czy podatków (E&Y, PwC). Więc powiedzmy sobie wreszcie, że jesteśmy takim samym narzędziem marketingu jak każde inne.
I właściwie do dyskusji z Janem byłem przekonany, że jest to pogląd powszechny – okazuje się jednak, że nie.
Dla porządku i uczciwości, Panie i Panowie, powiedzmy sobie więc głośno i wyraźnie, po co robimy to, co robimy.
Dla pieniędzy.
Czyli…sprzedaży.
Tak, wiem, to brzmi gorzej niż magia… ;)

wtorek, 26 czerwca 2007
Sami Sobie Sterem, Żeglarzem i Okrętem

Generalnie rzecz biorąc jestem człowiekiem prostym :) (Dobry początek, czyż nie ? )
Wierzę w związku z tym w dość prosty zestaw rzeczy - miłość, uczciwość, ciężką pracę i szeroko rozumianą wolność. Czyni mnie to w oczach niektórych masonem, żydem, albo i nawet cyklistą - ale nic to, wierzę i basta. W mojej wizji wolności mieści się także ta gospodarcza - w myśl której każdy może sobi otworzyć firmę i robić z nią co chce. Może sobie np. otworzyć portal. I na przykład nazwać go Proto. I na przykład się z kimś pokłocić.
Przyznam uczciwie, że nie do końca rozumiem o co chodzi w najgorętszym obecnie branżowym sporze - bo nie rozumiem dlaczego "20 czerwca REPR wydała oświadczenie, w którym skrytykowała IMM, za to że nie chce poddać się jurysdykcji Rady.". Może jutro z paroma kolegami zwołamy sobie WREPR ( Wyższą Radę....) i spróbujemy wezwać panów z Rady przed swoje oblicze...
Do REPRu jako takiego nic specjalnie nie mam - ale mam wrażenie, że ktoś chyba zapomniał o prostych zasadach w jakie wierzę, pewnie nie tylko ja. Że ktos zapomniał, że (jeszcze?) nie wystarczy nazwać się Radą, aby móc sądzić niezależnie podmioty gospodarcze i redakcję. I aby oburzać się, że te nie chcą być sądzone.
Dyskusja jest ciekawa...

Jeśli już branża musi mieć swoich władców, to wolałbym jednak, aby byli to królowie elekcyjni....  

wtorek, 29 maja 2007
Słowa, których niektórzy nie lubią

Jeśli ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości, jak powinnny wyglądać ogłoszone wyniki przejrzystego konkursu branżowego, to TAK WŁAŚNIE. W związku z faktem, iż niniejszy blog jest przedsięwzięciem niezależnym, a ja nie należę do żadnych związków, związeczków i stowarzyszeń, mogę powiedzieć to słowo jeszcze raz - PRZEJRZYSTY. Mogę także powiedzieć - o zgrozo... - UCZCIWY.
(dla tych, co nie wiedzą, to choćby tu )

Edit: W związku z celną ripostą w komentarzu małe wyjaśnienie. Uważam, że w rzeczywistości takiej jak PR-owa III/IV RP wszystkie tego typu początkujące konkursy powinny być prowadzone bardzo ostrożnie, właśnie tak jak ten opisywany. Oczywiście nie można wymagać, aby każda nagroda na świecie opisywana była wykresikami, ale zrobienie tego w tym wypadku jest z wizerunkowego punktu widzenia bardzo dobre. Proto zapobiegło tym posunieciem dyskusji o tym "kto na kogo głosował". Wybroniło się przed potecjaalnym kryzysem, odrabiając tym samym lekcję (łatwą w sumie), której "Spinacze" jakoś nie mogą się nauczyć. 

czwartek, 24 maja 2007
Dlaczego bronię Napisów.org

Jeśli ktoś jeszcze nie wie, to kilka dni temu, w blasku wschodzącego słońca, funkcjonariusze polskiej Policji – na białych koniach, w srebrnych zbrojach, etc - najechali tłumaczy i administratorów portalu napisy.org. Pewnie nic by się stało, gdyby nie fakt, że Napisy odwiedzało miesięcznie kilkaset tysięcy internautów. A tak zaczęła się burza – do której z przyjemnością przyłączam się i ja.

Tytułem wstępu: nie podlega absolutnie wątpliwości, że korzystanie z nielegalnych kopii oprogramowania czy filmów jest w świetle prawa i etyki rzeczą naganną – i nie z tym będę tu polemizował. Kwestię tę zostawiam sumieniu oglądających (nie powiem, ze nigdy w życiu nie oglądałem divixowego filmu…). Pozostaje natomiast kwestią otwartą legalność zamieszczania w Internecie tłumaczeń filmów – również dzięki orzeczeniom Sądu Najwyższego, nie mówić już o takich frazesach jak społeczeństwo obywatelskie etc. Ale po kolei…

Bronię Napisów z powodów prywatnych i emocjonalnych – bo wiele paniom i panom stamtąd zawdzięczam. Głównie dlatego, że mieszkam w kraju, w którym media (TV) są zbyt mało rozwinięte, aby nadawać jakiś szerszy wachlarz filmów i idą po najmniejszej linii oporu (Edit: purple_haze ma rację mówiąc "*po linii najmniejszego oporu* - nie po *najmniejszej linii oporu*" - mój błąd...) . Również dlatego, że publiczna telewizja mojego kraju od wielu lat jest rządzona przez satrapów z politycznego nadania, skutkiem tego nie jest w stanie realizować swojej misji, a zamiast tego realizuje setki godzin seriali i show dla pół-debili. Oczywiście filmy, do których docieram sam – bez pośrednictwa TV – mogę czasem oglądać w oryginale, ale przecież nie zawsze. Wielu tłumaczom z napisów i zaprzyjaźnionych grup/stron zawdzięczam więc wiele wzruszeń i miłych chwil – szczególnie jakoś zapamiętałem JediAdama, który tłumaczy akurat te filmy, które lubię J

Bronię Napisów z powodu poszanowania dla idei społeczeństwa obywatelskiego i wolności informacji. Jeśli ktoś chce spędzić setki godzin przy komputerze, tłumacząc dziesiątki ścieżek dialogowych i za darmo podzielić się tym ze mną, to jestem mu winien głęboki szacunek. Do tego właśnie ma i miał służyć Internet – do wymiany informacji przez „zwykłych ludzi”.

Bronię Napisów z powodu szacunku dla profesjonalizmu tłumaczy-amatorów. Choć zdarzają im się wpadki, to z roku na rok jest ich coraz mniej. Nie mogę powiedzieć tego samego o tłumaczach wersji kinowych czy telewizyjnych. Sądziłem, że jedyny tytuł filmu, jakiego źle przetłumaczyć się nie da to „300”. Błąd. Przetłumaczono go jako „300 Spartan”….

Bronię Napisów z poszanowanie dla litery prawa (tak!). Dlatego, że autorem prawa do danego dzieła jest jego twórca. Autorem prawa do tłumaczenia jest tłumacz – i każdy chętny znajdzie przy pomocy Googla dziesiątki takich interpretacji prawnych i wyroków.

Bronię napisów bo wierzę we frazesy takie jak wolne media, wolny Internet, open source, społeczeństwo obywatelskie i informacyjne.

Bronię Napisów, bo od dłuższego czasu działa jawnie faszystowski Redwatch i policja nie jest w stanie nic z nim zrobić. I jak napisał 7thguard.net:

Pobicie? Niska szkodliwość społeczna. Rozbój z bronią w ręku? Umorzenie z powodu niewykrycia sprawców (to ostatnie znam z autopsji). Całonocne awantury w bloku? Policja ma ważniejsze rzeczy do roboty. Serwis internetowy publikujący samodzielne tłumaczenia napisów do filmów, z których część nigdy nie trafiła na polski rynek? Tu trzeba działać!

W sieci:
Gazeta.pl o sprawie
Wsparcie i reakcje internautów
List otwarty tłumaczy-hobbystów
7thguard.net
Policja o napisy.org
Policja.pl nie działa - odwet za napisy.org
Zatrzymano tłumaczy napisów

środa, 23 maja 2007
Krajobraz po rewolucji (2.0)

Wbrew haniebnym plotkom nie zarzuciłem jeszcze całkowicie myśli o pisywaniu tutaj ;) Powody dla których notek jest znacznie mniej, są właściwie trzy. Pierwszy jest wspólny dla wszystkich pracowników branży - brak czasu. Im dłużej pracujesz, tym więcej masz na głowie (plus – pochwalę się – awans dostałem, więc to też zmiana zakresu obowiązków). Ja, na dodatek, jestem dość mocno przeczulony na punkcie swojego work/life balance i zacięcie go bronię, stąd już na pisanie bloga nie zawsze starcza czasu. Drugi powód jest taki, że nawet takim entuzjastom jak ja nie chce się gnić przed monitorem, kiedy za oknem 25 stopni i śpiewają ptaszki – dopóki nie wymyślę metody na połączenie blogowania z jeżdżeniem na rowerze, to niestety zawsze większe szanse ma to drugie…do października.


Trzeci powód jest najciekawszy – i nie wiem, czy nie najważniejszy. Kiedy zaczynałem interesować się temat wykorzystania web2.0 narzędzi w public relations (prawie dwa lata temu ) wszyscy traktowali zjawisko jako przejaw niegroźnego szaleństwa. Kiedy zaczynałem pisać bloga, było to ewentualnie coś co można dodać do kampanii – za darmo i nie za dużo. Dziś Blogosfera jest już absolutnym MUST – w praktycznie każdym briefie, który trafia na moje biurko, jest już osobna sekcja poświęcona Web 2.0. Choć z racji miejsca pracy i struktury agencji, mam przyjemność pracować praktycznie tylko z globalnymi markami i korporacjami, to i tak tempo, w którym PR 2.0 stał się rzeczywistością, mile mnie zaskoczyło. (BTW ostatnio zaskoczyło mnie też zaproszenie na konferencję 2.0 do Rzeszowa, przysłane przez Mateusza, bardziej znanego jako Konsumeryk – ale niestety chyba będę musiał odmówić).


Tym samym coraz mniej interesujące robią się dla mnie tematy ogólne – więc coraz mniej obchodzi mnie już „how to reach bloggers”. Jestem obecnie w trakcie tworzenia dużej strategii buzz/wom/2.0 – i jest to już zabawa na zupełnie innym szczeblu. Na fenomenalnie innym szczeblu. Z roli pasjonata, w której byłem dwa lata temu, trafiam w rolę kogoś, kto na poziomie strategicznego doradztwa (cała Polska, może niedługo CEE) projektuje działania dla jednej z najbardziej znanych marek na świecie. Nazwę taktowanie przemilczę, ale moja nowa podopieczna znajduje się mniej więcej w szóstej dziesiątce globalnego rankingu BW.


Nagle okazało się, że Klienci kochają blogi i fora, że już jest to „key channel… i budżety się znalazły. Od propagowania samego trendu coraz częściej przechodzę więc do praktyki – właśnie wspólnie z Marcinem , znanym szerzej jako Net.to przystępujemy (w ramach Edelmana of course) do przygotowania dużego, kompleksowego szkolenia z narzędzi 2.0.Powoli nadchodzi więc też czas na specjalizację – ni tylko na zajmowanie się PR 2.0, ale konkretna jego dziedziną. Jedną z najtrudniejszych jest healthcare – który jako sama dziedzina PRu nuży mnie dość mocno (eksperci, bezpłatne konsultacje, zawsze to samo ;) ), ale już jako dziedzina PR 2.0 jest pasjonujący. Uważam, że przy odrobinie sprytu i pomysłu np. skypecasting może stać się świetnym narzędziem dla tych, którzy na co dzień borykają się z rygorystycznym prawem farmaceutycznym. Kiedyś do tematu wrócę, obiecuję… Coraz częściej myślę więc o zmianie formuły bloga – skupianiu się bardziej na pojedynczych case’ach i ich analizie, niż szeroko rozumianym promowaniu samego 2.0
Zobaczymy co się z tego urodzi…


W tym wszystkim najbardziej bawią mnie niezdarne podrygi tych, którzy kiedyś nie wierzyli, a teraz nagle poczuli biznesową szansę i miły uchu brzęk monet. Namnożyło się szkoleń i konferencji, coraz częściej związanych z blogami, czasem jeszcze o zgrozo nazywanymi narzędziami e-pr’u. Na większości z nich możemy posłuchać o tym jak wspaniałym narzędziem jest pozycjonowanie i co to są blogi. Możemy posłuchać tego, co każda w miarę zorientowana osoba wie od jakichś dwóch, trzech lat. Paradoksalnie zjawisko jest więc dwubiegunowe. Z jednej strony w PR 2.0 wchodzą duże korporacje, z dużymi budżetami – a więc PR-owcy 2.0 mają coraz więcej ciekawych wyzwań i narzędzi aby je realizować (na to, co jeszcze dwa lata temu robiliśmy własnymi rękami mamy dziś budżety sięgające dziesiątek czy setek tysięcy). Z drugiej sieć zaczyna się zaludniać pseudo-wyznawcami nowego trendu, którzy tak naprawdę nie wiedzą praktycznie nic, ale często wypowiadają się dość głośno (pisałem kiedyś o tekście na Wirtualnych …)
Nic to. Taka odwieczna kolej kapitalistycznego losu – im bardziej coś się popularyzuje w gospodarce, tym większy odsetek tego czegoś jest przeciętnej jakości…. ;)))

środa, 09 maja 2007
Weekend majowy 2.0

Prywatny vlog :)

 

 

 

czwartek, 26 kwietnia 2007
Polski PR a Internet by MillwardBrown SMG/KRC

Blog Dominika Kaznowskiego zamieszcza kilka ciekawych badań prezentowanych na konresie. Najciekawszym jest zdecydowanie  to, które bada wykorzystanie Internetu przez polskich PRowców - 11% agencji wysyła informacje do bloggerów, 38% monitoruje blogi. Poza tym możecie poczytać także prezentację o obalaniu mitów nt  Internetu, podsumowanie polskiej sieci w 2006 oraz prezentację Karwatki i Woźniaka o tym, jak radzą sobie stare media w nowych czasach (lekko niejasna bez komentarza, ale zawsze).

 

czwartek, 19 kwietnia 2007
Virginia Tech - pomnik w Second Life

Uczucia mam, przyznam szczerze, mieszane.  Z jednej strony nie pasuje mi samo połączenie koncepcji i tematów gamingu i tej tragedii. Z drugiej strony, każdy wyraża swoje wsparcie, lub ból, na swój sposób. Tym razem więc jedynie informuję, nie oceniam. Więcej o temacie choćby na VH1 i Kotaku .

środa, 04 kwietnia 2007
Nadchodzą ciekawe czasy.

Doniesienia o 20-30% wzrostach branży w skali roku musiały się kiedyś przełożyć na zatrudnienie - i wygląda na to, że tak się dzieje. Zgodnie z raportem Proto ogłoszenia poświęcone poszukiwaniu PRowych pracowników osiągają właśnie szczyty - patrząc na wykres (via Proto) nie sposób się z tym nie zgodzić.

Mam niejasne wrażenie, że najlepsze dopiero przed nami. Połączenie rosnącego zapotrzebowania na pracowników, bardzo zaniżonych (relatywnie do branży reklamowej i do niezbędnej wiedzy i umiejętności) pensji, wreszcie wyjazdów znacznej części potencjalnego "narybku" na "zachód" - wszystko to może stać się bęczką prochu. Brakuje tylko iskierki i wejdziemy w fazę konsolidacji branży (od lat oczekiwanej) - najwięksi ściągną pracowników, mniejsi znikną z rynku, wszyscy podniosą fee aby sprostać rosnącym wymaganiom. Zobaczymy czy poradzę sobie jako wróżka - bo niniejszym wieszczę duuuuże zmiany. Rewolucja ? Zobaczymy za rok ;)

poniedziałek, 26 marca 2007
Web 3.0 - rewolucja w stanie surowym

 

Chyba trzeba będzie niedługo zmienić nazwę bloga. 2.0 powoli staje się przeżytkiem i czymś na czym znają się wszyscy- oczywiście poza tymi, którzy nadal nie wierzą w jego istnienie. Teraz trzeba być 3.0, albo jeszcze lepiej n+1 – przedstawiciele szeroko rozumianej branży zaczynają się udzielać , nie zawsze IMHO rozumiejąc o co chodzi. „Web 3.0 wpłynie również bardzo mocno na reklamę i podejście do sprzedawania produktów. Zanim kupimy, możemy porównać ceny i przeczytać opinie. Po dokonaniu zakupu możemy nasz produkt sfotografować, nagrać video, opublikować te informacje na blogu, na YouTube, a jeśli nasza opinia będzie ciekawa i zdobędzie popularność, możemy również w ten sposób zarobić.” - bardzo ciekawe, prawda ? Tylko….możliwe do zrobienia od paru lat. Mam momentami wrażenie, że agencje interaktywne nie ogarniają wcale 2.0 o innych nie mówiąc już o 3.0. Artykuł pana Łukasza rozbawił mnie do łez ;)
Sama idea 3.0 przemawia do mnie nawet bardziej niż 2.0 – semantyczne przeszukiwanie Internetu, do którego zabiera się choćby Powerset, jest dla mnie czymś rodem z Blade Runnera albo innych ukochanych filmów z dzieciństwa. Jeśli świat przyśpiesza już tak bardzo, to może to znaczy, że jesteśmy o krok od największego marzenia chłopców urodzonych we wczesnych 80-tych: posiadania miecza świetlnego. A to chyba warte, aby uznać, że rzeczywistość się z’upgrade’owała ;) ?

(bardzo) Szybka czytelnia:
Onet o Web 3.0
ten pan się zna Web 3.0 by Jeffrey Zeldman
Internet semantyczny – dla wszystkich tych, którzy chcieli by coś opublikować na Wirtualnych… najpierw przeczytajcie;)
W blogach BW ciekawsze komentarze niż sam tekst

Trochę stare ;) Web 3.0 - You Ain't Seen Nothing Yet!
Poza semantyką można pogrzebać w audio i wideo
Web 3.0: When Web Sites Become Web Services - polecam trackbacki
bardziej technologicznie What to expect from Web 3.0

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9