Blog kiedyś poświęcony Public Relations a dokładniej internetowemu wydaniu PR-u... Teraz - platforma przemyśleń wszelakich - aczkolwiek często związanych z komunikacją.
RSS
czwartek, 26 czerwca 2008
My, Europa.

Tydzień spędzam w towarzystwie 75 osób, reprezentujących w sumie kilkadziesiąt państw (edited) – w tym oczywiście wszystkie europejskie. W ciągu tych kilku dni dochodzę do wniosku, że Europa nie jest jednak mitem. Różnimy się niemal wszystkim, począwszy od sposobu rozumienia biznesu, w którym pracujemy, skończywszy na rzeczach tak banalnych jak akcent – który czasem utrudnia zrozumienie. Gdzieś w tym wszystkim czuć jednak jakąś jedność – jakieś wspólne podejście do życia, którym wszyscy się kierujemy - poczucie humoru, zrozumienie historii, szacunek dla różnic. Siedzimy do późna w nocy w barze przy State street, narzekając na jakoś amerykańskich alkoholi – dyskutujemy nad prezentacją, która czeka nas jutro. Immanentną częścią każdego spotkania - „Best cases of Europe” – podczas której mamy pochwalić się naszymi dokonaniami . Dochodzimy do wniosku, że nie powinniśmy tworzyć jednej prezentacji, nie powinniśmy wyznaczać jednego mówcy – bo naszym „best case” jest właśnie nasza różnorodność, naszą siłą jest umiejętność improwizacji, wspólne dziedzictwo objawiające się na kilkanaście sposobów.

Wchodzimy zaraz po ekipie reprezentującej USA – perfekcyjnie przygotowanej, prezentującej dobrze zmontowane wideo. My oczywiście idziemy na żywioł, zamiast prezentacji pokazujemy butelki Coca-Coli, plastikowe ciężarówki, wypchanego kurczaka i kalendarz z nagimi modelkami (kocham Włochów :D ). Tradycyjnie miesza nam się kolejność wystąpień, tradycyjnie kłócimy się po drodze, łamiemy ustalone wcześniej zasady. Mimo tego wygrywamy chyba miażdżąco – nasze kilkanaście historii, opowiedzianych z różnymi akcentami, wzbudza potężny aplauz, wywołuje salwy śmiechu, zostawia gdzieś daleko w tyle to perfekcyjne amerykańskie wideo. Na koniec wrzucamy w podkręcone na maksa głośniki Odę do Radości, stajemy w rzędzie. Przez minutę wszyscy mamy chyba takie samo wrażenie – czujemy te nasze wspólne 2000 lat, czujemy się jednym zespołem, choć mówiącym kilkunastoma językami. Ja sam chyba po raz pierwszy w życiu słucham „Ody…” mając naprawdę wrażenie, że słucham hymnu. Cała reszta świata jest pod dużym wrażeniem, choć i nieco zdziwiona tą patriotyczną, wspólną manifestacją.

Siedzimy teraz w ławkach chicagowskiego Kellogs College, wymieniając maile z wrażeniami. Nikt nie pisze w liczbie pojedynczej. Wszyscy cieszymy się, że NAM wyszło, uważamy, że MY zwyciężyliśmy. Wszystko w pierwszej osobie liczby mnogiej.

My.

My, Europa.