Blog kiedyś poświęcony Public Relations a dokładniej internetowemu wydaniu PR-u... Teraz - platforma przemyśleń wszelakich - aczkolwiek często związanych z komunikacją.
RSS
wtorek, 29 maja 2007
Słowa, których niektórzy nie lubią

Jeśli ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości, jak powinnny wyglądać ogłoszone wyniki przejrzystego konkursu branżowego, to TAK WŁAŚNIE. W związku z faktem, iż niniejszy blog jest przedsięwzięciem niezależnym, a ja nie należę do żadnych związków, związeczków i stowarzyszeń, mogę powiedzieć to słowo jeszcze raz - PRZEJRZYSTY. Mogę także powiedzieć - o zgrozo... - UCZCIWY.
(dla tych, co nie wiedzą, to choćby tu )

Edit: W związku z celną ripostą w komentarzu małe wyjaśnienie. Uważam, że w rzeczywistości takiej jak PR-owa III/IV RP wszystkie tego typu początkujące konkursy powinny być prowadzone bardzo ostrożnie, właśnie tak jak ten opisywany. Oczywiście nie można wymagać, aby każda nagroda na świecie opisywana była wykresikami, ale zrobienie tego w tym wypadku jest z wizerunkowego punktu widzenia bardzo dobre. Proto zapobiegło tym posunieciem dyskusji o tym "kto na kogo głosował". Wybroniło się przed potecjaalnym kryzysem, odrabiając tym samym lekcję (łatwą w sumie), której "Spinacze" jakoś nie mogą się nauczyć. 

czwartek, 24 maja 2007
Dlaczego bronię Napisów.org

Jeśli ktoś jeszcze nie wie, to kilka dni temu, w blasku wschodzącego słońca, funkcjonariusze polskiej Policji – na białych koniach, w srebrnych zbrojach, etc - najechali tłumaczy i administratorów portalu napisy.org. Pewnie nic by się stało, gdyby nie fakt, że Napisy odwiedzało miesięcznie kilkaset tysięcy internautów. A tak zaczęła się burza – do której z przyjemnością przyłączam się i ja.

Tytułem wstępu: nie podlega absolutnie wątpliwości, że korzystanie z nielegalnych kopii oprogramowania czy filmów jest w świetle prawa i etyki rzeczą naganną – i nie z tym będę tu polemizował. Kwestię tę zostawiam sumieniu oglądających (nie powiem, ze nigdy w życiu nie oglądałem divixowego filmu…). Pozostaje natomiast kwestią otwartą legalność zamieszczania w Internecie tłumaczeń filmów – również dzięki orzeczeniom Sądu Najwyższego, nie mówić już o takich frazesach jak społeczeństwo obywatelskie etc. Ale po kolei…

Bronię Napisów z powodów prywatnych i emocjonalnych – bo wiele paniom i panom stamtąd zawdzięczam. Głównie dlatego, że mieszkam w kraju, w którym media (TV) są zbyt mało rozwinięte, aby nadawać jakiś szerszy wachlarz filmów i idą po najmniejszej linii oporu (Edit: purple_haze ma rację mówiąc "*po linii najmniejszego oporu* - nie po *najmniejszej linii oporu*" - mój błąd...) . Również dlatego, że publiczna telewizja mojego kraju od wielu lat jest rządzona przez satrapów z politycznego nadania, skutkiem tego nie jest w stanie realizować swojej misji, a zamiast tego realizuje setki godzin seriali i show dla pół-debili. Oczywiście filmy, do których docieram sam – bez pośrednictwa TV – mogę czasem oglądać w oryginale, ale przecież nie zawsze. Wielu tłumaczom z napisów i zaprzyjaźnionych grup/stron zawdzięczam więc wiele wzruszeń i miłych chwil – szczególnie jakoś zapamiętałem JediAdama, który tłumaczy akurat te filmy, które lubię J

Bronię Napisów z powodu poszanowania dla idei społeczeństwa obywatelskiego i wolności informacji. Jeśli ktoś chce spędzić setki godzin przy komputerze, tłumacząc dziesiątki ścieżek dialogowych i za darmo podzielić się tym ze mną, to jestem mu winien głęboki szacunek. Do tego właśnie ma i miał służyć Internet – do wymiany informacji przez „zwykłych ludzi”.

Bronię Napisów z powodu szacunku dla profesjonalizmu tłumaczy-amatorów. Choć zdarzają im się wpadki, to z roku na rok jest ich coraz mniej. Nie mogę powiedzieć tego samego o tłumaczach wersji kinowych czy telewizyjnych. Sądziłem, że jedyny tytuł filmu, jakiego źle przetłumaczyć się nie da to „300”. Błąd. Przetłumaczono go jako „300 Spartan”….

Bronię Napisów z poszanowanie dla litery prawa (tak!). Dlatego, że autorem prawa do danego dzieła jest jego twórca. Autorem prawa do tłumaczenia jest tłumacz – i każdy chętny znajdzie przy pomocy Googla dziesiątki takich interpretacji prawnych i wyroków.

Bronię napisów bo wierzę we frazesy takie jak wolne media, wolny Internet, open source, społeczeństwo obywatelskie i informacyjne.

Bronię Napisów, bo od dłuższego czasu działa jawnie faszystowski Redwatch i policja nie jest w stanie nic z nim zrobić. I jak napisał 7thguard.net:

Pobicie? Niska szkodliwość społeczna. Rozbój z bronią w ręku? Umorzenie z powodu niewykrycia sprawców (to ostatnie znam z autopsji). Całonocne awantury w bloku? Policja ma ważniejsze rzeczy do roboty. Serwis internetowy publikujący samodzielne tłumaczenia napisów do filmów, z których część nigdy nie trafiła na polski rynek? Tu trzeba działać!

W sieci:
Gazeta.pl o sprawie
Wsparcie i reakcje internautów
List otwarty tłumaczy-hobbystów
7thguard.net
Policja o napisy.org
Policja.pl nie działa - odwet za napisy.org
Zatrzymano tłumaczy napisów

środa, 23 maja 2007
Krajobraz po rewolucji (2.0)

Wbrew haniebnym plotkom nie zarzuciłem jeszcze całkowicie myśli o pisywaniu tutaj ;) Powody dla których notek jest znacznie mniej, są właściwie trzy. Pierwszy jest wspólny dla wszystkich pracowników branży - brak czasu. Im dłużej pracujesz, tym więcej masz na głowie (plus – pochwalę się – awans dostałem, więc to też zmiana zakresu obowiązków). Ja, na dodatek, jestem dość mocno przeczulony na punkcie swojego work/life balance i zacięcie go bronię, stąd już na pisanie bloga nie zawsze starcza czasu. Drugi powód jest taki, że nawet takim entuzjastom jak ja nie chce się gnić przed monitorem, kiedy za oknem 25 stopni i śpiewają ptaszki – dopóki nie wymyślę metody na połączenie blogowania z jeżdżeniem na rowerze, to niestety zawsze większe szanse ma to drugie…do października.


Trzeci powód jest najciekawszy – i nie wiem, czy nie najważniejszy. Kiedy zaczynałem interesować się temat wykorzystania web2.0 narzędzi w public relations (prawie dwa lata temu ) wszyscy traktowali zjawisko jako przejaw niegroźnego szaleństwa. Kiedy zaczynałem pisać bloga, było to ewentualnie coś co można dodać do kampanii – za darmo i nie za dużo. Dziś Blogosfera jest już absolutnym MUST – w praktycznie każdym briefie, który trafia na moje biurko, jest już osobna sekcja poświęcona Web 2.0. Choć z racji miejsca pracy i struktury agencji, mam przyjemność pracować praktycznie tylko z globalnymi markami i korporacjami, to i tak tempo, w którym PR 2.0 stał się rzeczywistością, mile mnie zaskoczyło. (BTW ostatnio zaskoczyło mnie też zaproszenie na konferencję 2.0 do Rzeszowa, przysłane przez Mateusza, bardziej znanego jako Konsumeryk – ale niestety chyba będę musiał odmówić).


Tym samym coraz mniej interesujące robią się dla mnie tematy ogólne – więc coraz mniej obchodzi mnie już „how to reach bloggers”. Jestem obecnie w trakcie tworzenia dużej strategii buzz/wom/2.0 – i jest to już zabawa na zupełnie innym szczeblu. Na fenomenalnie innym szczeblu. Z roli pasjonata, w której byłem dwa lata temu, trafiam w rolę kogoś, kto na poziomie strategicznego doradztwa (cała Polska, może niedługo CEE) projektuje działania dla jednej z najbardziej znanych marek na świecie. Nazwę taktowanie przemilczę, ale moja nowa podopieczna znajduje się mniej więcej w szóstej dziesiątce globalnego rankingu BW.


Nagle okazało się, że Klienci kochają blogi i fora, że już jest to „key channel… i budżety się znalazły. Od propagowania samego trendu coraz częściej przechodzę więc do praktyki – właśnie wspólnie z Marcinem , znanym szerzej jako Net.to przystępujemy (w ramach Edelmana of course) do przygotowania dużego, kompleksowego szkolenia z narzędzi 2.0.Powoli nadchodzi więc też czas na specjalizację – ni tylko na zajmowanie się PR 2.0, ale konkretna jego dziedziną. Jedną z najtrudniejszych jest healthcare – który jako sama dziedzina PRu nuży mnie dość mocno (eksperci, bezpłatne konsultacje, zawsze to samo ;) ), ale już jako dziedzina PR 2.0 jest pasjonujący. Uważam, że przy odrobinie sprytu i pomysłu np. skypecasting może stać się świetnym narzędziem dla tych, którzy na co dzień borykają się z rygorystycznym prawem farmaceutycznym. Kiedyś do tematu wrócę, obiecuję… Coraz częściej myślę więc o zmianie formuły bloga – skupianiu się bardziej na pojedynczych case’ach i ich analizie, niż szeroko rozumianym promowaniu samego 2.0
Zobaczymy co się z tego urodzi…


W tym wszystkim najbardziej bawią mnie niezdarne podrygi tych, którzy kiedyś nie wierzyli, a teraz nagle poczuli biznesową szansę i miły uchu brzęk monet. Namnożyło się szkoleń i konferencji, coraz częściej związanych z blogami, czasem jeszcze o zgrozo nazywanymi narzędziami e-pr’u. Na większości z nich możemy posłuchać o tym jak wspaniałym narzędziem jest pozycjonowanie i co to są blogi. Możemy posłuchać tego, co każda w miarę zorientowana osoba wie od jakichś dwóch, trzech lat. Paradoksalnie zjawisko jest więc dwubiegunowe. Z jednej strony w PR 2.0 wchodzą duże korporacje, z dużymi budżetami – a więc PR-owcy 2.0 mają coraz więcej ciekawych wyzwań i narzędzi aby je realizować (na to, co jeszcze dwa lata temu robiliśmy własnymi rękami mamy dziś budżety sięgające dziesiątek czy setek tysięcy). Z drugiej sieć zaczyna się zaludniać pseudo-wyznawcami nowego trendu, którzy tak naprawdę nie wiedzą praktycznie nic, ale często wypowiadają się dość głośno (pisałem kiedyś o tekście na Wirtualnych …)
Nic to. Taka odwieczna kolej kapitalistycznego losu – im bardziej coś się popularyzuje w gospodarce, tym większy odsetek tego czegoś jest przeciętnej jakości…. ;)))

środa, 09 maja 2007
Weekend majowy 2.0

Prywatny vlog :)