Blog kiedyś poświęcony Public Relations a dokładniej internetowemu wydaniu PR-u... Teraz - platforma przemyśleń wszelakich - aczkolwiek często związanych z komunikacją.
RSS
środa, 29 listopada 2006
Komunikacyjne Azincourt


“To find something comparable, you have to go back 500 years to the printing press, the birth of mass media – which, incidentally, is what really destroyed the old world of kings and aristocracies. Technology is shifting power away from the editors, the publishers, the establishment, the media elite.
Now it’s the people who are taking control.”

Rupert Murdoch
CEO, News Corp.

 

 

Jakiś czas temu wypuściliśmy polską edycję badań „Action because of blog” – temat (przyznam uczciwie) nieco przespałem, głównie z powodu moich ostatnich wycieczek do zachodniej Polski i związanego z tym braku czasu. O badaniach napisało kilka portali - całość nie jest już więc newsem niestety i dodatkowo się nad nią rozwodzić nie będę. Do napisania notki zainspirował mnie Tytus, autor blogu Brief’a – i w jakiś sposób mam zamiar wdać się z nim w polemikę, choć niezłośliwą, na temat tekstu "Blogi i marketing" .Trackbacka wysyłam ;) Kolejnego też, do notki o spotkaniu internetPR i Bloxa – będą mówić o temacie, który tu częściowo poruszę :)

Po pierwsze odniosę się – bo muszę – do case’u walmartowego. Robię to niezbyt chętnie, ale z czysto PRowych powodów nie mogę, odnosząc się do całości tekstu Tytusa, pominąć największej porcji krytyki. Niechętnie – bo to mimo wszystko blog mój, a nie korporacji – stąd pisany na bloxie i jedynie linkowany do .pl i .com. Niechętnie po raz drugi - bo niezależność tą cenię – i jak widzieliście do tej pory, staram się pisać o PR, a nie o macierzystej korporacji.

PR, czy szerzej mówiąc marketing, to branża, w której uczymy się czegoś całe życie. Nie mamy właściwie nigdy luksusu bycia w pełni dorosłymi, pozostając w jakiś sposób cały czas dziećmi. Dzieciom – co zrozumiałe – zdarza się czasem potykać. I tak oto potknęło się moich dwóch kolegów za oceanem (BTW – pisząc rzekomego bloga Wal Martu, nie jak pisze Tytus „opłacając bloggerów”). Dwóch z ogólnej liczby ponad dwóch tysięcy pracowników. Ich błędu nikt z nas nigdy się nie wypierał, nikt z nas nigdy też nie nazywał go inaczej niż błędem. Przyznaliśmy się , konsekwencje wobec błądzących zostały wyciągnięte, wszyscy pracownicy na świecie (w tym 30 z naszego biura) zostali przeszkoleni w zakresie blogowego Code Of Ethics i zasad WOMMA. Wszystko odbyło się z otwartą przyłbicą, zgodnie z zasadami – choć potrwało parę dni, bo MNC rządzą się takimi, a nie innymi prawami. Nie zmienia to i nie zmieni faktu, że znamy się na tym co robimy. Nie zmieni faktu, że Micropersuasion jest najbardziej chyba znanym blogiem poświęconym zagadnieniom komunikacji w sieci, że 6 A.M. jest najstarszym i najbardziej poważanym blogiem PRowego CEO, nie zmieni faktu, że na co dzień mogę uczyć się od ludzi tworzących blogi tak znane jak PR Blogger czy Haltungsturnen , że jesteśmy na czele wszelkich rankingów i Technorati.

Oczywiście nie mogę zakazać krytyki, nie mogę mieć po nią nawet pretensji czy żalu Oczywiście zetknę się z nią jeszcze wielokrotnie. Tytusa mogę co najwyżej prosić o to, żeby rozważył, czy naprawdę potknięcie dwóch, z ponad dwóch tysięcy, w jakiś sposób przekreśla budowaną od lat kompetencję? Bo taką sugestię wyczytałem gdzieś pomiędzy linijkami…

A wracając do głównego zagadnienia poruszanego przez Brief - inwazja marketerów blogosfery nie zniszczy – bo zniszczyć nie może. Blogosfera to tylko przejaw społecznej rewolucji, której nie będę w stanie powstrzymać ani ja, ani koledzy z agencji reklamowych czy interaktywnych. Ktoś z wielkich sieciowych teoretyków nazwał kiedyś Web 2.0 nie tyle modelem biznesowym, ile raczej internetowym Azincourt – bo oto angielskim „zwykłym” dano nagle łuki, dzięki którym zakończyli (dosłownie i krwawo) epokę rycerstwa. Porównanie może nieco na wyrost (tak jak na wyrost zbudowana jest legenda samych łuczników we wspominanej bitwie), ale obrazujące sposób myślenia o sieci, jako o społecznym fenomenie – nagle wszystkim dano narzędzia i pozwolono mówić, stąd trafione jest cytowane na wstępie porównanie Murdocha.. Komunikatorzy naprawdę nie są już w stanie im tego odebrać.

Nie są – i tu przechodzimy wreszcie do meritum – a zarazem tak naprawdę nie chcą. Komunikacyjna przewagę Web 2.0 buduje bowiem ni mniej, ni więcej, tylko właśnie WIARYGODNOŚĆ. Niszczenie jej, właśnie przez kupowanie blogów, byłoby dla nas niczym strzelenie sobie w stopę. W tym właśnie tkwi błąd, popełniany przez większość (polskich) krytyków WOMM. Bo przy WOMM nikt nie mówi o płaceniu autorom blogów, nikt nie mówi o zakulisowym wywieraniu wpływu czy odbieraniu wiarygodności. Kiedy pracujesz z bloggerem, musisz uważać i starać się dużo bardziej niż wtedy, kiedy pracujesz z dziennikarzem. Blogger nie ma nad sobą naczelnego, nie ma przełożonych – jeśli nie spodoba mu się coś w Twoim stylu działania, to jego atak będzie dużo drastyczniejszy (komunikacyjnie) niż tradycyjnego medium – a taka notka pozostanie w sieci już właściwie na zawsze. Kiedy pracuję z bloggerami, to w pierwszym zdaniu maila informuję, że jestem z agencji PR. Od początku otwarcie mówię, o jakim produkt i klienta chodzi – mało tego, mówię też, jakie korzyści z ewentualnej notki odniosę. Jeśli wysyłam produkt, to zawsze z adnotacją, że jeśli się nie spodoba, to natychmiast odbiera go mój kurier. Oczywiście nie ma też nic przeciwko umieszczeniu w notce informacji na temat tego, że powstała na skutek działań PR. Słowem – wszystko jest idealnie wręcz transparentne, idealnie partnerskie – idealnie …PRowe. Komunikacja w czystej formie.

Bloggerom taka komunikacja się podoba. Miałem niedawno przyjemność prowadzić taką właśnie akcję dla jednego ze swoich klientów i w ciągu niedzielnego popołudnia odebrałem cztery telefony, od autorów najpoczytniejszych dla właściwej branży blogów. Mówili, że jest fajnie, że transparentnie, że wreszcie ktoś traktuje ich nie jak dzieciaki piszące pamiętnik, ale jak dziennikarzy. Dziękowali za grę w otwarte karty. Wniosek ? Da się. Wychodząc z założenia, że każda komunikacja z blogiem będzie jego kupowaniem, będzie obniżaniem wiarygodności, strzelamy gola do własnej bramki. Powielamy po raz kolejny stereotyp, w którym PRowiec to cwany lis, czy wręcz świnia – nie do końca uczciwa i żerująca na innych. Trochę wiary, mości panowie, trochę wiary…

Azincourt zakończyło w dziejach średniowiecznej europy jakąś epokę, po której nic już nie było tak jak wcześniej. Web 2.0 robi dokładnie to samo. Nam, komunikatorom, może wydawać się, że nasz drogi target wciąż jest jedynie biernym słuchaczem. Możemy z troską pochylać się nad blogosferą i rozważać czy nasze działania ją zniszczą czy nie – ale tak naprawdę, zniszczyć jej nie zdoła już nic.

Poradzą sobie.

Mają łuki.

piątek, 17 listopada 2006
Jak zostałem pasterzem ;) - czyli blogi InternetPR

Ruszył serwis blogowy InternetPR – przyznam, że jego start faktycznie mi umknął. Za nadrabianie zaległości zabrałem się dziś (choć zProcy też zaspało, to jednak mnie przegoniło ). Trochę mi się ten pomysł podoba, a trochę nie – ale to normalne, jestem chory na na notoryczne czepialstwo.

Przede wszystkim nie podoba mi się pomysł tego, że najważniejsze blogi są pisane przez kilku autorów. Plus jest oczywiście taki, że mamy masę ciekawego materiału i regularny update, wiadomo, że jeden samotny PRowiec nie ma czasu pisać. A minusy ? Po pierwsze moje doświadczenia z blogami o PR (czytam od lat dwóch, piszę od niedawna) wskazują, że czytelnika bardziej wartościowe są jednak blogi osobne niż wspólne – to tworzy w naturalny sposób dialog (skupiony wokół różnic) i bardziej daje czytelnikom do myślenia.

Po drugie i najważniejsze - PRowa blogosfera ma taką niepisaną zasadę, w myśl której twórcy piszący pod nazwiskiem NIE PISZĄ o swoich klientach – ani krytycznie (wymóg czysto biznesowy) ani pozytywnie (aby nie być posądzonym o nieobiektywność). Blog internetPR’u albo tą zasadę złamie, albo... nie będzie miał o czym pisać. Bo – jak rozumiem - nie powinny się pojawiać informacje o sponsorze, Partners of Promotion, bo zawsze będzie można podważyć ich obiektywność. Jak rozumiem nie pojawią się informacje dotyczące agencji dla których pracują inni twórcy blogów – a tych trochę jest.

W żaden sposób nie przekreśla to inicjatywy – ale tym samym stawia się ona wyłącznie w roli bloga eksperckiego, nie komentującego w ogóle codziennych wydarzeń Polskiej sceny. No zobaczymy...

Przyczepię się też z rozpędu do Marka Woźniaka (którego skądinąd znam i cenię) – który czepia się trochę kolegów z Yoof’a. Badania Yoof mnie też nie rzuciły na kolana – ale z drugiej strony Gemius ma przecież ograniczone narzędzia. Trudno, żeby zajmował się ocenianiem Web 2.0 w perspektywie społecznej czy wręcz filozoficznej. Mniemam, że Markowi Woźniakowi w zdaniu: „(...)koncepcja kształtowania się internetu z wiedzą o ludziach ale myśląc w kategoriach nowych możliwości, którymi dotąd nie dysponowaliśmy. Wiedza o ludziach rozumiana jako świadomość ludzkich ograniczeń w kontakcie z internetem ale i oczekiwań oraz skłonności do organizowania się w grupy i dzielenie się opiniami i poglądami.” (pisownia orginalna)...uff...długie to. Mniemam, że chodzi MW właśnie o ujęcie Web 2.0 jako nowego paradygmatu komunikacji typu „two way street”. Ale Gemius badać może jedynie rzeczy mierzalne – stąd badał włąśnie blogi, networki etc. Szczerze mówiąc,myślę, że powinniśmy się bardziej cieszyć, że coś „drgnęło”, niż zbytnio to badanie krytykować.

A plusy ? – bo się po swojemu rozpędziłem z minusami...

Większość z piszących znam z listy InternetPR, z której zrezygnowałem z przyczyn prywatno-charakterologicznych. Nie tylko znam ale i cenię – za doświadczenie i wiedzę, którą... mam nadzieję... będą się z nami dzielić. Poza wspominanym już MW pisze też znany mi już z PR Online (i z maili ;) ) Dominik Wartecki, Tomasz Karwatka (nie znam, ale pisze baaardzo z sensem) czy postacie tak znane jak Piotr Czarnowski czy Sebastian Łuczak. Można lubić, można nie (ja nie znam, wiec się wypowiadam) – ale to jednak nazwiska będące milowymi kamieniami polskiego PR. Poza tym generalnie im więcej nas tym lepiej – chodzi nie tylko o wymianę myśli, ale i o to, że w ten spsób w jakiś sposób sprawiamy że Polski PR nie zostaje z tyłu, tylko idzie do przodu zgodnie z najnowszymi trendami.

Poza tym czasem wychodzi na jaw niesamowita wręcz zbieżność – oto dwa blogi, w tym mój i InternetPR prawie równocześnie piszą o tym samym. Co dowodzi tylko tego, że branże interesują podobne rzeczy – przecież wspominany template powstał 23 maja, a zabraliśmy się za niego niemal równocześnie ;)

Pastrzem mianowało mnie zProcy – mianowanie było z przymrużeniem oka, więc mam nadzieję, że nikt z szanownych kolegów się nie obrazi.

Podsumowując: WITAMY !

sobota, 11 listopada 2006
Z przykrością zawiadamiamy, że informacja prasowa umarła...

... a przynajmniej jest na dobrej drodze, co niżej podpisanego bardzo cieszy. Mam do tradycyjnych IP stosunek, lekko rzecz biorąc, mieszany. Z jednej strony stanowią one codzienny fundament naszej pracy i chyba (niestety) żyć się bez nich nie da. Z drugiej, przez swoją zamknięta kontrukcję, stanowią jednak chyba wyraz nadziei, że drodzy żurnaliści zrobią - choć w części - Ctrl-C i Ctrl-V. Poza tym naprawdę sądzę, że przeciętnego dziennikarza niezbyt obchodzi 90% tekstu, nie mówiąc już o tym, jak nieistotne ( JEŚLI nie robi Ctrl-C...) jest dla niego to, czy przeniesiemy "i" z końca wiersza, czy równe będą bullety, czy myślnik zrobimy długi czy krótki etc etc. No ale nasz IP musi jakoś wyglądać, więc dopieszczamy ją, tracąc de facto czas. A naszych drogich braci za redakcyjnymi biurkami obchodzi NEWS, NEWS, NEWS.

Nie do pogodzenia ? Tylko pozornie. Przedstawiam Państwu spełnienie moich zawodowych marzeń czyli SMPR, lub też, jak kto woli, DPR. Po naszemu należałoby ją nazwać ZIP, czyli zdekontruowaną informacją prasową, choć brzmi to nieco karkołomnie. Ale zacznijmy od początku.

Nowe media ułożone są właściwie na zasadzie chmury (cloud – z której wybieracie sobie właściwe tagi). ZIP to informacja ułożona w sposób analogiczny: kilka tytułów, kilka podtytułów (do wyboru), kilka gotowych cytatów, linki do zdjęć na flickr , linki do podcastów, linki do filmów na youtube. Do całości RSS + tag Del-icio.us + link do Digga . Tworzymy tym samym coś w rodzaju „banku wiedzy” – takiej właśnie chmury, z której dziennikarz/blogger (właściwie SMPR adresowana jest do bloggerów, ale wydaje mi się to niepotrzebnym ograniczeniem) wybiera potrzebne sobie informacje. Może przekopać się przez parę źródeł, może posłuchać, pooglądać (NIE TYLKO nasze materiały) – potem pisząc tekst, wkleić w niego nasze materiały czy cytaty.

O SMPR zrobiło się głośno gdy Tom Foremski napisał swoje słynne DIE PRESS RELEASE . Zachęcam też do poczytania o historii IP a już szczególnie o ich przyszłości . PrSquared prezentuje wreszcie przykładowy template , autorstwa SHIFT Communications. A Brian Solis tłumaczy, po co nam właściwie to wszystko. A potem bardzo zręcznie, choć prosto, uczy jak to zrobić .

Z tego co wiem, nad DIPem pracujemy i my – o czym RE wspominał tu , tu i w prognozie „PR in 5 years” .

Na zakończenie dla porządku dodajmy, że całość występuje też pod nazwą NMR (New Media Release) albo hRelease, a temat jest szeroko opracowywany . Z tą całością nie każdy się zgadza Rumours of my death have been greatly exaggerated said the Press Release a Steve Rubbel rozsadnie przypomina, że wszystko jest IP .

 

niedziela, 05 listopada 2006
Patriotyczne Web 2.0

Tak sobie myślę, że chyba najlepszą rzeczą w nowych mediach jest to, że każdy może dziś coś napisać, nagrać, wyemitować. I w całym medialno-PRowo-blogowym zamieszaniu okazuje się, że młodzi ludzie robią dziś np. takie filmy. Może ich niewielu, ale pewnie pamięta wielu, tylko nie każdy umie zrobić film. Patriotyzm, którym widać w pracy, w chęci pokazania innym co zrobił Twój naród - a nie nadętych, rocznicowych przemówieniach...