Blog kiedyś poświęcony Public Relations a dokładniej internetowemu wydaniu PR-u... Teraz - platforma przemyśleń wszelakich - aczkolwiek często związanych z komunikacją.
RSS
piątek, 28 listopada 2008
Blogi z Bombaju
Wpis po  dłuuugiej przerwie – ale akurat coś bardzo ciekawego mi tu wpadło w oko.  Kolega z Bombaju zwrócił naszą uwagę (via mail) na to,  że nowe media zmieniają też jakimś  stopniu to, jak komunikujemy się w czasach kryzysu – takiego jak ataki terrorystyczne.  Dla osób poza Indiami – do których należy wymieniany kolega – to właśnie video streaming , tweety czy blogi stały się ważnymi narzędziami  docierania do informacji o wydarzeniach w ojczyźnie. Szybszymi niż media.  Dokładniejsza analiza również w tekście CNNu:  Tweeting the terror: How social media reacted to Mumbai” do którego odsyłam chętnych.
czwartek, 26 czerwca 2008
My, Europa.

Tydzień spędzam w towarzystwie 75 osób, reprezentujących w sumie kilkadziesiąt państw (edited) – w tym oczywiście wszystkie europejskie. W ciągu tych kilku dni dochodzę do wniosku, że Europa nie jest jednak mitem. Różnimy się niemal wszystkim, począwszy od sposobu rozumienia biznesu, w którym pracujemy, skończywszy na rzeczach tak banalnych jak akcent – który czasem utrudnia zrozumienie. Gdzieś w tym wszystkim czuć jednak jakąś jedność – jakieś wspólne podejście do życia, którym wszyscy się kierujemy - poczucie humoru, zrozumienie historii, szacunek dla różnic. Siedzimy do późna w nocy w barze przy State street, narzekając na jakoś amerykańskich alkoholi – dyskutujemy nad prezentacją, która czeka nas jutro. Immanentną częścią każdego spotkania - „Best cases of Europe” – podczas której mamy pochwalić się naszymi dokonaniami . Dochodzimy do wniosku, że nie powinniśmy tworzyć jednej prezentacji, nie powinniśmy wyznaczać jednego mówcy – bo naszym „best case” jest właśnie nasza różnorodność, naszą siłą jest umiejętność improwizacji, wspólne dziedzictwo objawiające się na kilkanaście sposobów.

Wchodzimy zaraz po ekipie reprezentującej USA – perfekcyjnie przygotowanej, prezentującej dobrze zmontowane wideo. My oczywiście idziemy na żywioł, zamiast prezentacji pokazujemy butelki Coca-Coli, plastikowe ciężarówki, wypchanego kurczaka i kalendarz z nagimi modelkami (kocham Włochów :D ). Tradycyjnie miesza nam się kolejność wystąpień, tradycyjnie kłócimy się po drodze, łamiemy ustalone wcześniej zasady. Mimo tego wygrywamy chyba miażdżąco – nasze kilkanaście historii, opowiedzianych z różnymi akcentami, wzbudza potężny aplauz, wywołuje salwy śmiechu, zostawia gdzieś daleko w tyle to perfekcyjne amerykańskie wideo. Na koniec wrzucamy w podkręcone na maksa głośniki Odę do Radości, stajemy w rzędzie. Przez minutę wszyscy mamy chyba takie samo wrażenie – czujemy te nasze wspólne 2000 lat, czujemy się jednym zespołem, choć mówiącym kilkunastoma językami. Ja sam chyba po raz pierwszy w życiu słucham „Ody…” mając naprawdę wrażenie, że słucham hymnu. Cała reszta świata jest pod dużym wrażeniem, choć i nieco zdziwiona tą patriotyczną, wspólną manifestacją.

Siedzimy teraz w ławkach chicagowskiego Kellogs College, wymieniając maile z wrażeniami. Nikt nie pisze w liczbie pojedynczej. Wszyscy cieszymy się, że NAM wyszło, uważamy, że MY zwyciężyliśmy. Wszystko w pierwszej osobie liczby mnogiej.

My.

My, Europa.

wtorek, 18 marca 2008
Stare media o nowych mediach

Internet rzecz modna – więc obrodziło ostatnio w prasie artykułami o „Stukaniu się w Web 2.0”. Z jednej strony miłe – zawsze to jakieś propagowanie idei, która jest mi bliska. Z drugiej, nie zawsze i nie ze wszystkim mogę się zgodzić. Nie zawsze mam też poczucie, że autor do końca zna się na tym, o czym pisze – lub niezbyt bacznie przyjrzał się wszystkim źródłom i opiniom. O ile to pierwsze jest naturalne, o tyle to drugie jest w moim mniemaniu największym dziennikarskim grzechem.

Milczeniem pominąłem jakiś czas temu „Stuknij się w Web 2.0 ” w Przekroju – bo pisząc o nim musiałbym właściwie wejść w „polemikę permanentną”, walczyć o każde niemal zdanie. Dość jedynie powiedzieć, że Przekrój zarzuca np. Wikipedii:
(…)redaktorzy Wikipedii rzadko opierają się na wynikach własnych badań naukowych i nie wszystkie publikowane przez siebie informacje znają na pamięć. Po prostu przeklejają – a w najlepszym wypadku przepisują – treść haseł z innych źródeł, niezbyt przejmując się adnotacją „Wszelkie prawa zastrzeżone”.

Wikipedia w założeniu ma być globalnym zbiorem informacji. Są w niej TYLKO rzeczy cytowane, nie ma ŻADNYCH własnych badań. Mało tego, żeby jakiś wpis został uznany za dopuszczalny, musi być poparty dużą liczbą cytowań – lub wyników w Googlach. Fakt cytowania, zbierania etc nie jest jedną z cech Wikipedii – jest jej FUNDAMENTEM. Powiedzieć, że Wikipedia jest fe, bo cytuje, to tak jakby powiedzieć, że chrześcijaństwo to fajna religia, ale trochę goście przesadzają z tym całym Jezusem. I niech to pozostanie całym komentarzem.

Z artykułem z ostatniego Newsweeka "Marketing w owczej skórze " jest już nieco inaczej. Tu przyznam, że autor zauważa kilka niepokojących trendów, które (jak widać choćby po notce poniżej) i ja uważam za istotne. Z drugiej strony jest w artykule lekkie pomieszanie z poplątaniem, parę niejasności i parę błędów .Stąd pozwalam sobie na polemikę – którą mam zamiar zresztą podesłać autorowi artykułu.

Po pierwsze zgadzam się z tym, że plaga flogów i wszelkiej maści innych „wilczych” działań jest dla netu dużym zagrożeniem – głównie dlatego, że podważa jego wiarygodność i naturalność. A obie te rzeczy mają w komunikacji gigantyczne znaczenie. Z analogicznego powodu istnieją rozwiązania prawne ograniczające reklamę w tradycyjnych mediach – wyraźne rozgraniczenie pomiędzy treściami reklamowymi a redakcyjnymi służy przecież właśnie ochronie wiarygodności tych drugich. Służy ochronie dobrego imienia danej redakcji, po to by nie zarzucano jej, że pisze na zamówienie. W Internecie tego typu rozgraniczenia są ciągle jeszcze nie do końca przejrzyste i - co ważniejsze – nie przez wszystkich stosowane. Poza tym naganne są błędy braku jasnej tożsamości (w tym nasz), przypadki grzebania w Wikipedii - i parę innych, nie wymagających komentarza, przykładów.

Generalnie artykuł jest jednak klasycznym „artykułem z tezą” - w tym wypadku zawartą już bezpośrednio w tytule – „marketingowcy manipulują”. Potem następuje już cykl uzasadniających to przykładów. Trafnych lub mniej – ale nie do końca rozumiem, co w tym gronie robi „Nie ma ch… we wsi” Tymbarku. Ok. – pewnie nie jest to dzieło samych internautów, ale agencji reklamowej…i co z tego ? Filmiki takie, jak ten Tymbarku nie obiegają całej polskiej sieci dlatego, że ktoś przypisuje im amatorskie autorstwo. Krążą w niej, ponieważ są zabawne, ponieważ grają w jakiś sposób reklamową konwencją. Newsweek nie bierze tu pod uwagę naturalnych mechanizmów „filtracyjnych” - właściwych jedynie dla Internetu. W necie krążą TYLKO rzeczy uznawane za fajne, ciekawe, interesujące. Wirusowe rozpowszechnienie się tego typu informacji nie jest związane z jej autorstwem. Kampania Tymbarku, to dla mnie przykład, że naprawdę „Nie ma ch…we wsi” – niekonwencjonalne, odważne, po bandzie, ryzykowne – i strzał w dziesiątkę. Nie do końca więc rozumiem, dlaczego case ten znajduje się w artykule w dość mocno negatywnym kontekście. Jeśli viral rozszedł się po sieci, to znaczy, że się podobał – i tyle.

A nawet zakładając, że mamy pewną tezę - na jej temat wypowiedzieć się powinny obie strony. Brakuje więc choćby kogoś ze Streetcomu lub jednej z wielu innych agencji zajmujących się tematyką buzz&wom, co pomogłoby nieco rozwiać wszystkie wspominane powyżej nieścisłości i wątpliwości. Branżę reprezentują Rafał Szymczak z agencji PRofile oraz (nieświadomie chyba) Monika Czaplicka. Cytowana przez Newsweeka wypowiedź Moniki chluby jej stanowczo nie przynosi. Jeśli ma być przyjmowana jako oficjalne stanowisko Streetcomu, na który się powołuje Monika, to jest to działanie (co najmniej) na dość ostrą rozmowę z szefami. Strata reputacji agencji marketingowej, wywołana przez działania jej pracowników, jest grzechem niewybaczalnym. Nie zmienia to faktu, że MC jest studentką, „rozwijającą swoje skrzydła”. To trochę tak, jakby wziąć teksty studenta trzeciego roku dziennikarstwa – i na podstawie jego wypowiedzi na Gronie stworzyć tekst o poziomie polskiego dziennikarstwa.

Rafał Szymczak, którego skądinąd bardzo cenię (m.in za spokój i wyważenie w wypowiedziach dla mediów), też strzela branży w stopę. Bo branża wcale nie „myśli” o wprowadzeniu jakiegoś kodeksu. On istniej już od dawna - tak jak i od dawna istnieje WOMMA . Z działających w Polsce firm pod kodeks WOMMY podlegają m.in. Euro RSCG, Hewlett-Packard, Publicis, Fleishman-Hillard, Kraft Foods, Microsoft, Sun Microsystems, STREETCOM, Millward Brown, Johnson&Johnson, Hill& Knowlton, my – I cała masa innych. A ci co nie podlegają, są zapewne częścią jednej z iluś tam analogicznych instytucji. Niby mała rzecz - ale jednak jakaś samoregulacja, która też przeczy tezie Newsweeka.

Podsumując (zjadliwie):
Owszem istnieje pewna liczba blogów piszących za pieniądze, opłacanych influencerów, istnieje PeyPerPost (zanikający już powoli). Nieco ironizując - istnieje też w każdym mieście pewna liczba prostytutek i domów publicznych. Fakt, że niektórzy robią to za pieniądze, nie oznacza jednak, że wszyscy robią to za pieniądze. Jeśli nawet w Radomiu istnieje lokalny, dobrze prosperujący burdelik, to nie uprawnia to chyba do postawienia dziennikarskiej tezy, że „to dziwki rządzą Radomiem” – tak jak istnienie flogów nie uprawnia do tezy, że „to oni kręcą siecią”….

sobota, 15 marca 2008
Czy Pan Tadeusz jest z Plusa ?

Blox na głównej stronie poleca "Blog Jana Tadeusza - tu cierpię i zwyciężam ". Jan Tadeusz sprawia wrażenie żywej reklamy sieci Plus GSM - cały blog poświęcony jest temu, że z wybranką swego serca chciałby rozmawiać dłużej, lecz go nie stać. Ta z tego powodu porzuca go, ale potem powraca - bo PJT odkrywa nową taryfę plusa "rozmowy za darmo w sieci" , za co "operatorwi, ktorego nie będzie wymieniał z nazwy" bardzo dziękuje - bo "operatorzy na E i na O nie dali mu tej szansy".

Możliwości są dwie - albo pan Jan Tadeusz robi sobie zwykłe jaja - i wtedy pełen respect, bo wyszło mu faktycznie dobrze. Albo jest to blog...Plus GSM. A dokładniej blog plusa udajacy blog nie-plusa, o miłości, prowadzony przez niezależną osobę.

W przypadku pierwszym Plus powinien szybko dopaść pana Tadeusza i podziękować. W przypadku drugim działanie sprawia wrażenie dość siermiężnego i niezbyt przemyślanego...

To jak panie Tadku, jest pan z Plusa ?

piątek, 14 marca 2008
Bitwa o duszę Wikipedii

Kasować czy dodawać, więcej czy mniej, wszystkie czy ważniejsze ? Tak w skrócie można ująć zasadnicze płaszczyzny dyskusji wewnątrz zespolu wikipedystów. Ostatni The Economist , a dokładniej jego dodatek Technology Quaterly , przynosi ciekawą analizę dwóch grup – Inlcusionists I Deletionsts – toczących debatę na temat przyszłości najsławniejszej encyklopedii świata (Battle for Wikipedia’s Soul ).

Illustration by Frazer Hudson (via Economist.com)
(llustration by Frazer Hudson (via Economist.com)

W telegraficznym skrócie: grupa Inclusionistów uważa, że im więcej tym lepiej. Ich zdaniem encyklopedia powinna zawierać maksymalnie dużą liczbę haseł, stanowić ma bowiem pewien uniwersalny zasób wiedzy, podsumowujący wszystko to, co dzieje się w dziesiejszym świecie. Deletioniści są zdania, że więcej wcale nie znaczy lepiej. Wikipedii wiarygodości (a więc tego, czego potrzebuje teraz najbardziej) doda fakt, że będzie zawierała jedynie hasła “ważne”, które na dodatek będą dobrze opracowane. Autorzy artykułu posługują się przykładem Pokemonów – które (choć obrzydliwe) stanowią pewien kulturowy fenomen – oraz liderów polskiej Solidarności. Którą z tych dwóch grup uznać należy za ważniejszą, ktora zasługuje na więcej haseł, czy skasować Pokemony i rozwiznąć wątek panów z S. ?

Cała akcja wydaje mi się poważniejsza niż się wydaje. Wiki ma potężną moc influencerską więc trend, który zwycięży wśród Wikipedystów będzie miał bardzo duży wpływ na Internet jako taki. Od dawna już pojawiają się obawy, że sieć tak naprawdę prędzej czy później stanie się (stała się) popkulturowym śmietnikiem, pełnym gigantycznych zasobów mało istotnych informacji .

Będzie jescze poważniejsza, jeśli weźmiemy pod uwagę pomysł Setha Shostaka z SETI. “A czemu by nie nadać wszystkiego co mamy? - Ja wysłałbym po prostu zawartość serwerów Google'a - mówi Shostak. - Po pierwsze, nie ma co się martwić tym, że nie mówią po angielsku, ponieważ wszystko się powtarza na tyle często, że nauczyliby się. W dodatku tam jest wszystko. Owszem, pornografia też, ale to w końcu też ludzkie.” – mówi Shostak w artykule z Forbesa (via Gazeta.pl ). W takim ujęciu prędzej czy poźniej pojawi się też pomysł na wysłanie im zawartości serwerów Wiki…

Potem, kiedy już mali, zieloni wylądują, może się okazać, że ich wizja naszego świata jest nieco spaczona. Mali, zieloni, mogą być wtedy przekonani, że mały, żółty Pichaczu wywarły na nasz świat wpłyt dużo większy, niż Lech Wałęsa…

czwartek, 13 marca 2008
Uzależniam się od iRead

Od dziecka jestem uzależniony od książek, od wczesnej młodości od komputerów, od młodości od Internetu. iRead na facebook’u łączy te trzy rzeczy w jedno i zaczynam być od tej aplikacji permanentnie i całkowicie uzależniony. Po pierwsze dlatego, że to kopalnia wiedzy – bardzo mi potrzebnej. Jeśli człowiek „specjalizuje” się w określonym typie literatury (tak jak ja w DOBREJ fantastyce) a na domiar złego od jakichś 19 lat czyta po dwie książki w tygodniu, to naprawdę już nie ma co czytać ;) Jestem uzależniony, w Empiku bywam dwa razy w tygodniu nerwowo przekopując półki i coraz częściej nic z tego nie wynika. A tu proszę – nagle okazuje się, że jednak jest masa rzeczy, o których nie słyszałem. Po drugie dlatego, że można zrobić sobie prywatną „biblioteczkę” rzeczy, które się przeczytało i dodać ich recenzje. Wreszcie mogę zachwycić się niedocenianym w Polsce Eriksonem, wreszcie mogę dać jedną gwiazdkę „Kodowi…” Browna ( niestety nie można dać pół gwiazdki), wreszcie mogę napisać, że Coelho jest klasycznym grafomanem a „Tysiąc [EDIT: STO oczywiście :) Dzięki za poprawkę ;) ] lat samotności” Marqueza przypomina dzieło gimnazjalisty (oczytanego, ale jednak). Po trzecie – bo to co czytamy, w jakiś sposób mówi kim jesteśmy. Dopadłem ostatnio kolegę z pracy przy czytaniu „Pieśni Lodu i Ognia” Martina – i awansował chłopak w moim pytanym rankingu o 300%. Więc iRead jest najpełniejszym uzupełnieniem profilu networkowego, jaki mogę wymyślić.

No to zapraszam na moją (niekompletną jeszcze) listę books iRead ;)

EDIT: Oczywiście kliknięcie na linka przenosi do aplikacji, a nie na moją listę. Królestwo dla tego, kto powie mi jak zlinkować konretną listę. Teraz można wejść do niej tylko przez mój profil .

środa, 12 marca 2008
Lepsza niż Doda

Za pośrednictwem Zjadamyreklamy i Eireny poczytałem o kampanii związanej z Panią Gagą Z .

Generalnie Gaga jest lepsza niż Doda, Michał Wiśniewski i Mandaryna razem wzięci :)
Case wart przeczytania, ponieważ (według mnie) jest to jeden z najlepszych tego typu case'ów w Polsce. NIe zgadzam się z krytykami, że to źle, że Gaga jest zbyt prostacka czy wulgarna - chodzi przecież o buzz. Im bardziej kontrowersyjna będzie postać, tym większa liczba tych, co to nie załapali, coś napisze czy skomentuje. Tym samym akcja się sama nakreca - a przy tym zachowuje pewną dozę dystansu i autoironii. Generalnie majstersztyk - tym bardziej, że temat niezbyt ładny i wdzięczny, a jak widać się jednak się dało zrobić coś naprawdę dobrego.

poniedziałek, 10 marca 2008
Polska - czyli o potędze białych plam

Polska jest białą plamą. Zawsze zastanawia mnie to, że jakoś świat nas pomija przy wszelkich mozliwych analizach. Tym razem znowu - Digital Inspiration opublikowało mapę zasięgową networków autorstwa Le Monde - i zamiast nas jest plama.

 

Kiedyś żyłem w przekonaniu, że to dlatego, żę jesteśmy maleńcy, niewiele się u nas dzieję, niewiele osób czyta albo pisze. Na spotkaniu z networkiem (fotki by Leah Jones tutaj a do tego te zrobione przez Olgę) okazało się, że wcale nie. Nasze mięzynarodowe towarzystwo zareagowało głębokim niedowierzeniem na naszą-klasę. Zarzucono mi, że może źle popatrzyłem, że może tych profili to 700 tys a nie 7 milionów. Potem pokazałem im blog Kominka - i ilość komentarzy z ostatniego tygodnia. AMERYKANIE powiedzieli, żę to musi być spam, bo mało prawdopodobne, aby tyle osób na stałe uczestniczyło w dyskusji na blogu.

Oznajmiam więc, żeśmy są potęga i basta. Polska od morze do morza powolli staje się koncepcją realną.

Teraz, pisząc notkę, wlazłem jeszcze na Alexę i zrobiłem porównanie - największe w Europie Bebo VS Nasza-Klasa VS Grono:

I co ? I kto tu jest główną siłą Europy? Ja wam dam białą plamę!

środa, 05 marca 2008
Google Health, czyli permanentna inwigilacja
Jak donosi Gazeta za Reutersem "Google ma apetyt na zdrowie" . Choć sam pomysł pojawiał się już tu i ówdzie raz na jakiś czas, to zapewne jedynie Google moga sobie pozwolic (finansowo) na faktyczne wprowadzenie tego w życie. Pomysł oczywiście jest super - bo społecznie pożyteczny, a i jednostce przydatny - ale z drugiej strony wzbudza we mnie pewien lęk. Cóż to za pokusa dla kolegów marketingowców z firm farmaceutycznych - wielka i precyzjna baza danych, odwieczne i ostateczne marzenie każdego  sprzedawcy, oparte nie o badania, ale o fakty. Jeśli tego typu mechanizmów nie obuduje się naprawdę gigantycznymi obostrzeniami, znacznie ostrzejszymi niż współczesne antyspamowe, to zapewne doprowadzą one do bardzo dużych nadużyć. Pocieszające jest to, że w związku z sytuacją finansową naszej służby zdrowia większość czytelników tej notki zapewne nie dożyje wprowadzenia takich systemów w Polsce ;)
wtorek, 04 marca 2008
Mikrospojrzenie z mikropolitowaniem

Jak pewnie dało się zauważyć w ciągu ostatnich miesięcy, jakoś mam mało czasu na pisanie ;) Pocieszające jest tylko to, że problem to powszechny – miałem ostatnio przyjemność spotkać sięw Hamburgu z blogującymi koleżankami i kolegami z innych biur


i właściwie każdy ma podobnie – tj z rozwojem kariery zawodowej (i przybywającymi klientami) pisze coraz rzadziej.

Dziś postanowiłem, po porannej lekturze „Marketingu przy kawie”, na chwilę się reaktywować. Tym razem nie kieruje mną chęć dzielenia się przemyśleniami, przemycania nowości czy walki o lepsze PRowe jutro. Kieruje mną chęć sławy. Dowiedziałem się oto o poranku, że mam szansę na zostanie MIKROCELEBRYTĄ . Tą wspaniałą szansę dadzą mi (jeśli będę godzien), twórcy Flakera . Mało tego, dostanę od nich kolejną niesamowitą szansę, ponieważ serwis w „inteligentny sposób zbiera całą internetową aktywność swoich użytkowników i publikuje ją w przystępnej formie na ich profilach”. W INTELIGENTNY sposób! A my tak czekaliśmy na jakieś głupie Web 3.0, na sieci semantyczne, na nowy Internet – a tu wielkie BUM i już jest pierwszy inteligentny portal. Mało tego. Jakże unikalną szansą jest „zbieranie całej aktywności”…hmm… zaraz, zaraz. Czy ktoś już tego aby cholera nie zrobił … grzebię gorączkowo w pamięci. Ach, wiem już. Taki mały amerykański portalik. Facebook czy jakoś tak. I jakieś pięć tysięcy jego klonów.

Ale nic to, porzućmy czcze rozważania. Zostanę więc od dziś mikrocelebrytą. Nie mogę się już doczekać moich mikrofanek i ich mikropisków. Na moich mikrowieczorach autorskich będę rozdawał mikroautografy. Mikropudelek napisze o mnie specjalną notkę. Może się jeszcze trafią jakieś mikrofuchy w Telezakupach Mango, może jakąś mikrokonferencję poprowadzę. Byle nie za mikrogażę. A na koniec, oh geez, zaproszą mnie do Mikrotańca z Mikrogwiazdami. Będzie naprawdę mikrowspaniale. Moja mikroczacza porwie tłumy.

Jako człowiek pracujący i zarabiający, pomysłowi na mikroportal mikrocelebrytów się nie dziwię. Ot – spłynie zawsze parę faktur za reklamy, więcej się zarobi, może jakieś wakacje, może nowy samochód. Jako użytkownik Internetu i autor małego bloga, dziwić się już jednak muszę. Dziwić, lub spoglądać z mikropolitowaniem. Przecież sensem całej akcji, której odzwierciedleniem jest news na MpK, jest klasyczna budowa awareness wśród grupy najaktywniejszych użytkowników sieci i zwiększenie liczby profili na rzeczonym portalu. Czy jednak naprawdę autorzy wypuszczonego w sieć newsa o „Mikro” myślą, że polscy mikrobloggerzy mają aż tak niedopieszczone mikroego? Że całe stada ruszą teraz w pogoni za mikrosławą.

Choć może i jest to jakiś pomysł na komunikację. Mikrokreatywność dla mikrobiznesu…

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9