Blog kiedyś poświęcony Public Relations a dokładniej internetowemu wydaniu PR-u... Teraz - platforma przemyśleń wszelakich - aczkolwiek często związanych z komunikacją.
Blog > Komentarze do wpisu
Stare media o nowych mediach

Internet rzecz modna – więc obrodziło ostatnio w prasie artykułami o „Stukaniu się w Web 2.0”. Z jednej strony miłe – zawsze to jakieś propagowanie idei, która jest mi bliska. Z drugiej, nie zawsze i nie ze wszystkim mogę się zgodzić. Nie zawsze mam też poczucie, że autor do końca zna się na tym, o czym pisze – lub niezbyt bacznie przyjrzał się wszystkim źródłom i opiniom. O ile to pierwsze jest naturalne, o tyle to drugie jest w moim mniemaniu największym dziennikarskim grzechem.

Milczeniem pominąłem jakiś czas temu „Stuknij się w Web 2.0 ” w Przekroju – bo pisząc o nim musiałbym właściwie wejść w „polemikę permanentną”, walczyć o każde niemal zdanie. Dość jedynie powiedzieć, że Przekrój zarzuca np. Wikipedii:
(…)redaktorzy Wikipedii rzadko opierają się na wynikach własnych badań naukowych i nie wszystkie publikowane przez siebie informacje znają na pamięć. Po prostu przeklejają – a w najlepszym wypadku przepisują – treść haseł z innych źródeł, niezbyt przejmując się adnotacją „Wszelkie prawa zastrzeżone”.

Wikipedia w założeniu ma być globalnym zbiorem informacji. Są w niej TYLKO rzeczy cytowane, nie ma ŻADNYCH własnych badań. Mało tego, żeby jakiś wpis został uznany za dopuszczalny, musi być poparty dużą liczbą cytowań – lub wyników w Googlach. Fakt cytowania, zbierania etc nie jest jedną z cech Wikipedii – jest jej FUNDAMENTEM. Powiedzieć, że Wikipedia jest fe, bo cytuje, to tak jakby powiedzieć, że chrześcijaństwo to fajna religia, ale trochę goście przesadzają z tym całym Jezusem. I niech to pozostanie całym komentarzem.

Z artykułem z ostatniego Newsweeka "Marketing w owczej skórze " jest już nieco inaczej. Tu przyznam, że autor zauważa kilka niepokojących trendów, które (jak widać choćby po notce poniżej) i ja uważam za istotne. Z drugiej strony jest w artykule lekkie pomieszanie z poplątaniem, parę niejasności i parę błędów .Stąd pozwalam sobie na polemikę – którą mam zamiar zresztą podesłać autorowi artykułu.

Po pierwsze zgadzam się z tym, że plaga flogów i wszelkiej maści innych „wilczych” działań jest dla netu dużym zagrożeniem – głównie dlatego, że podważa jego wiarygodność i naturalność. A obie te rzeczy mają w komunikacji gigantyczne znaczenie. Z analogicznego powodu istnieją rozwiązania prawne ograniczające reklamę w tradycyjnych mediach – wyraźne rozgraniczenie pomiędzy treściami reklamowymi a redakcyjnymi służy przecież właśnie ochronie wiarygodności tych drugich. Służy ochronie dobrego imienia danej redakcji, po to by nie zarzucano jej, że pisze na zamówienie. W Internecie tego typu rozgraniczenia są ciągle jeszcze nie do końca przejrzyste i - co ważniejsze – nie przez wszystkich stosowane. Poza tym naganne są błędy braku jasnej tożsamości (w tym nasz), przypadki grzebania w Wikipedii - i parę innych, nie wymagających komentarza, przykładów.

Generalnie artykuł jest jednak klasycznym „artykułem z tezą” - w tym wypadku zawartą już bezpośrednio w tytule – „marketingowcy manipulują”. Potem następuje już cykl uzasadniających to przykładów. Trafnych lub mniej – ale nie do końca rozumiem, co w tym gronie robi „Nie ma ch… we wsi” Tymbarku. Ok. – pewnie nie jest to dzieło samych internautów, ale agencji reklamowej…i co z tego ? Filmiki takie, jak ten Tymbarku nie obiegają całej polskiej sieci dlatego, że ktoś przypisuje im amatorskie autorstwo. Krążą w niej, ponieważ są zabawne, ponieważ grają w jakiś sposób reklamową konwencją. Newsweek nie bierze tu pod uwagę naturalnych mechanizmów „filtracyjnych” - właściwych jedynie dla Internetu. W necie krążą TYLKO rzeczy uznawane za fajne, ciekawe, interesujące. Wirusowe rozpowszechnienie się tego typu informacji nie jest związane z jej autorstwem. Kampania Tymbarku, to dla mnie przykład, że naprawdę „Nie ma ch…we wsi” – niekonwencjonalne, odważne, po bandzie, ryzykowne – i strzał w dziesiątkę. Nie do końca więc rozumiem, dlaczego case ten znajduje się w artykule w dość mocno negatywnym kontekście. Jeśli viral rozszedł się po sieci, to znaczy, że się podobał – i tyle.

A nawet zakładając, że mamy pewną tezę - na jej temat wypowiedzieć się powinny obie strony. Brakuje więc choćby kogoś ze Streetcomu lub jednej z wielu innych agencji zajmujących się tematyką buzz&wom, co pomogłoby nieco rozwiać wszystkie wspominane powyżej nieścisłości i wątpliwości. Branżę reprezentują Rafał Szymczak z agencji PRofile oraz (nieświadomie chyba) Monika Czaplicka. Cytowana przez Newsweeka wypowiedź Moniki chluby jej stanowczo nie przynosi. Jeśli ma być przyjmowana jako oficjalne stanowisko Streetcomu, na który się powołuje Monika, to jest to działanie (co najmniej) na dość ostrą rozmowę z szefami. Strata reputacji agencji marketingowej, wywołana przez działania jej pracowników, jest grzechem niewybaczalnym. Nie zmienia to faktu, że MC jest studentką, „rozwijającą swoje skrzydła”. To trochę tak, jakby wziąć teksty studenta trzeciego roku dziennikarstwa – i na podstawie jego wypowiedzi na Gronie stworzyć tekst o poziomie polskiego dziennikarstwa.

Rafał Szymczak, którego skądinąd bardzo cenię (m.in za spokój i wyważenie w wypowiedziach dla mediów), też strzela branży w stopę. Bo branża wcale nie „myśli” o wprowadzeniu jakiegoś kodeksu. On istniej już od dawna - tak jak i od dawna istnieje WOMMA . Z działających w Polsce firm pod kodeks WOMMY podlegają m.in. Euro RSCG, Hewlett-Packard, Publicis, Fleishman-Hillard, Kraft Foods, Microsoft, Sun Microsystems, STREETCOM, Millward Brown, Johnson&Johnson, Hill& Knowlton, my – I cała masa innych. A ci co nie podlegają, są zapewne częścią jednej z iluś tam analogicznych instytucji. Niby mała rzecz - ale jednak jakaś samoregulacja, która też przeczy tezie Newsweeka.

Podsumując (zjadliwie):
Owszem istnieje pewna liczba blogów piszących za pieniądze, opłacanych influencerów, istnieje PeyPerPost (zanikający już powoli). Nieco ironizując - istnieje też w każdym mieście pewna liczba prostytutek i domów publicznych. Fakt, że niektórzy robią to za pieniądze, nie oznacza jednak, że wszyscy robią to za pieniądze. Jeśli nawet w Radomiu istnieje lokalny, dobrze prosperujący burdelik, to nie uprawnia to chyba do postawienia dziennikarskiej tezy, że „to dziwki rządzą Radomiem” – tak jak istnienie flogów nie uprawnia do tezy, że „to oni kręcą siecią”….

wtorek, 18 marca 2008, pr20

Polecane wpisy

  • Blogi z Bombaju

    Wpis po dłuuugiej przerwie – ale akurat coś bardzo ciekawego mi tu wpadło w oko. Kolega z Bombaju zwrócił naszą uwagę (via mail) na to, że nowe media zm

  • Bitwa o duszę Wikipedii

    Kasować czy dodawać, więcej czy mniej, wszystkie czy ważniejsze ? Tak w skrócie można ująć zasadnicze płaszczyzny dyskusji wewnątrz zespolu wikipedystów. Ostatn

  • Uzależniam się od iRead

    Od dziecka jestem uzależniony od książek, od wczesnej młodości od komputerów, od młodości od Internetu. iRead na facebook’u łączy te trzy rzeczy w jedno

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
monika.czaplicka
2008/06/05 14:11:08
Owszem, cytowano mnie bez jakiejkolwiek konsultacji. Problem polega na tym, że nigdy nie pracowałam w firmie Streetcom. Jestem jedynie trendexpertem, czyli osobą związaną z testowaniem produktów. Robię to nieopłatnie i nie wiąże mnie żadna umowa o pracę. Ciężko więc prosić Streetcom o komentarz ;)
To jednak by nie nastąpiło, gdyby ktokolwiek porozmawiałby ze mną. Ale taki jest też poziom dziennikarstwa ;)
pozdrawiam
-
domino00
2008/08/26 19:11:07
Także czytałem ten tekst w Przekroju, zresztą podobnie jak wcześniejszy (sprzed paru miesięcy o Second Life) był dosyć tendencyjny - zdaje się, że napisałem nawet wtedy maila do redakcji z polemiką (oczywiście nie odpisali). Od tego czasu nie czytam Przekroju. Jeśli w taki sam tendencyjny sposób piszą o rzeczach, na których się nie znam - to dziękuje :)